niedziela, 18 października 2009

Drawskie



Pomyślałam ostatnio, że Birmę i Tajlandię mogę sobie darować. Mały napisał list do Mikołaja. „Proszę, Mikołaju, przynieś mi zestaw wiertarek, słodycze i duży dom”. Juśka skrzywiła się na tę irracjonalną prośbę : „Jak ma Mikołaj dom w worku zmieścić i na plecach unieść?” Mikołaj według mojego syna wszystko może. Córka już wie, że możność świętego sprzężona jest nierozerwalnie z tym, na co rodziców stać. Mały buja w dziecięcych, różowych obłokach. Powinnam rozłożyć ramiona i krzyknąć do niego w chmurki: „Skacz synku, stoję mocno na nogach, ciebie też na ziemi twardo postawię.” Nie potrafię jednak.

Fruwając po różnych zakątkach kraju i Europy nie zauważyłam, że Nornisko stało się dla nas za małe. Gdy byłam dzieckiem, rysowałam na kartkach domek z firankami w oknach, dymiącym kominem i słonecznikami wystającymi zza drewnianego płotka. Później mi przeszło. Jakoś tak mam, że nie potrafię spokojnie wysiedzieć przez tydzień czasu w jednym miejscu. Wiele marzeń udało mi się zrealizować. Może czas się zatrzymać i założyć gniazdo? Małe, malusie, koniecznie z okiennicami...na przykład gdzieś na Drawskim?

Jak to dobrze, że nie zgubiłam jeszcze drogi na chmurkę małej dziewczynki.

sobota, 17 października 2009

Zmiany





Winę za „słonia” nie do końca ponosi pani Zosia. Od urodzenia syna miotałam się z własną powierzchownością. Przytyłam w czasie ciąży, bagatela,40 kilogramów. Skutecznie pomogły mi w tym hormony, które musiałam przyjmować przez kilka miesięcy, by utrzymać ciążę. Tyłam i płakałam.
Od lekarzy usłyszałam: „Chce być pani piękna czy chce pani urodzić zdrowe dziecko?” Głupie pytanie. Skoro spójnika „czy” w żaden sposób nie można było zamienić na „i”, zostałam dużą mamą bez wahania. Syna sobie wymarzyłam, wyśniłam, wręcz z premedytacją przywołałam na świat- jak mogłabym postąpić inaczej?

Nie było mi ze sobą źle. Mąż adorował mnie nie mniej niż zwykle, może nawet bardziej- w dość szybkim tempie wymienił przecież kobietę zbyt szczupłą, „bezbiustną” na pełną, krągłą i biust posiadającą. Zapłacił za znieczulenie zewnątrzoponowe, trzymał za rękę w czasie porodu, „dziedzica” rodu swego po narodzinach dzierżył w ramionach jak skarb największy. Wspierał mnie później, kochał- czego więcej chcieć? Na co mi była talia osy, zarys żeber na skórze i szczuplusieńkie uda? Ano na nic.

Problem nie tkwił w nas. Zauważyłam, że ludzie postrzegają mnie gorzej niż do tej pory.„Puchata mamusia” bez podjęcia walki o smukłą sylwetkę według wielu była zaniedbaną po prostu. Gdy ciętymi ripostami walczyłam o siebie w damskim towarzystwie, odbierano mnie jako zazdrośnicę. Oto jedna po ciąży schudła, druga schudła, trzecia chudnąć zaczynała, a ja co? Nie za bardzo docierało do pań, że ja się naprawdę nie zadręczam z powodu swojej wagi.
W końcu jednak przejęłam się tym, co się wśród kobiet otaczających mnie działo
i mówiło. Zaczęłam się zadręczać.

To kobiece wyznanie niemało pokory ode mnie wymaga. Obiecałam sobie wszak, że nie ulegnę niskim pobudkom- że nie ciało będę swe oceniać, lecz intelekt i rozwój ducha. Tymczasem zaczęłam walczyć z ciałem, jakby jego ukształtowanie było najistotniejszym elementem mego życia. Cóż, stało się. Absurdalne diety, picie wody, niejedzenie- raz minus 10 kilo, raz plus 10. Często machałam ręką, jadłam normalnie i tyle...
i tyłam...znaczy.

Do ostatnio podjętego wyznania przyczyniły się zmiany w pracy, a głównie krzywdzące decyzje jakie wobec mnie zapadły. Przeszłam nieco inną drogę niż bohaterka Kalicińskiej. Najpierw spontanicznie wpadły mi do głowy Mazury. Kąpałam się nago w ciepłych wodach jezior, kochałam na pomostach, chodziłam w zwiewnych sukienkach i jadłam chleb ze smalcem. Wzmocniona psychicznie wróciłam do domu, zacisnęłam pięści i zaprzyjaźniłam się z Pierrem.

piątek, 16 października 2009

Mazurski słoń





-Pani Izka, a przyjdzie tutaj!- w ten zabawny sposób przyzywała mnie pani Zosia każdego naszego mazurskiego poranka.
-Pani Zosiu, proszę mi mówić na „ty”, jaka tam ze mnie pani...wobec pani!
-Ano, dobrze, dobrze niech będzie. No to chodź, dziecko, coś tu dla ciebie mam.

To „coś” zwykle było puchatymi naleśnikami albo chrupiącymi plackami z młodych ziemniaków, albo smalcuszkiem świeżo wytopionym z czosneczkiem i śliwką, albo chlebem wyjętym dopiero z pieca.

Ach, ta pani Zosia kochana! Nocka opatulała nas na poddaszu w błogi rechot żab, a ranek witał tubalną pobudką:
-Pani Izka, a przyjdzie tutaj!
- Mała, wstawaj, śniadanie czas mężowi podać, dyć świta. Każda porządna mazurska baba już chłopa nakarmiła- mamrotał w półśnie mój mąż, po czym dawał dyla pod kołdrę, żeby nie oberwać po czuprynie.
- A krowy już wydoiłeś, że jeść wołasz?- syczałam, po czym wkładałam szlafroczek, szczypałam męża w łydkę i zbiegałam niczym nimfa do pani Zosi na ganeczek.

Po dwóch tygodniach zauważyłam, że coś z tą nimfą ze mną w roli głównej nie jest tak, jak być winno. Biust mi się podwoił, a nawet potroił, zaczęłam nie zeskakiwać, lecz spadać ze schodów z potwornym sapaniem w dodatku. Nawet się zastanawiałam, czy odgłos, który rozlega się wokół mnie, ze mnie się na pewno wydostaje. Gdy wróciliśmy do domu, stanęłam na wadze. Przeżegnałam się z sześć razy w tę i z powrotem.
-Jestem słoniem!- wrzasnęłam w niebiosa.


niedziela, 11 października 2009

Malowane statki





Szkoda, że nie można mieć nieustannie wakacji. Fruwać to tu, to tam, wiśnie
w mazurskiej wsi jeść i pestkami pluć. Nieelegancka jestem? A co tam. Mam nie tylko ochotę pestkami w swoje życie strzelać, ale prawdziwe skobelki z aluminiowego drucika wykonane w gumkę procy wczepić i ziuu nim komuś w pupsko. Nie ma co kręcić i siebie samą czarować- przede wszystkim mnie się należy tym skobelkiem. Tak, tak.

Obcasa o mały włos ostatnio nie złamałam...i nogi. Zakręciło mi się w głowie ze zmęczenia po jednym ze szkoleń trwającym od rana do nocy. Nie miałam czasu na co dzień, nie miałam w weekendy-ani dla siebie, ani dla rodziny. Statki w szczecińskim porcie zawirowały w mej głowie przed upadkiem jak stado malowanych ptaków. Barwny wir.

Suk, stuk po powrocie z pracy pantofelkami ku piekarnikowi. Otwarcie klapki opanowałam do perfekcji. Gestu wrzucania mrożonej pizzy na kratki rusztu w moim wykonaniu florencki mistrz by się nie powstydził. Potem machnięcie bioderkiem, odwieszenie torebki na wieszak i zdjęcie płaszczyka. Pani domu wróciła, uwaga, uwaga- obiad zaraz będzie na stole! Dziecko numer jeden zastrajkowało po dwóch tygodniach podawania przeze mnie takich obiadków.

O, proszę jak sobie życie zaczęłam układać. Dziecko numer jeden, dziecko numer dwa. Mąż, na szczęście, nieustannie noszący numer jeden. Nic mi się nie myli!

Ale już niedługo, mam nadzieję, będę z siebie kpić.

niedziela, 13 września 2009

Dama z Pudełka








Był taki dzień
Była taka godzina

Była taka minuta
Była taka sekunda

Był czas
Kiedy byłam szczęśliwa

Takie wierszyki układałam jako dziewczynka. A jak było mi bardzo źle, to otwierałam okno i wpuszczałam do swojego pokoju króla Maciusia I. Czasami gadaliśmy do rana.

Teraz, gdy przestaję pasować do ramek, w które wpycha mnie los sklerotyk, co zapamiętać nie może, czego to ja najbardziej na świecie nie lubię...i wciska wciąż, i wciąż przez tę chorobę swoją starczą w obrazek mój osobisty głupią, ludzką złość, to mi się wszystko rozpada z bezradności. Dobrze, że nauczyłam się latać. Bez tego...nie wiem, czy dałabym radę.

Był taki dzień. Był czas...zabrałam w swoje ukochane miejsce Damę z Pudełka podarowaną mi przez Elle. To moje dla Ciebie dziękuję. Bardzo, bardzo mi się podoba.

Pofruwałyśmy wspólnie nad Iną. „Hej, tam w dolinie. Hej, tam przy młynie. Kandy we wodzie słonko się skrzy”. Tam, gdzie mam cudownych przyjaciół. Skoro tak wiele wokół mnie dobroci, cóż mi zrobić może obca, głupia, ludzka złość? Uśmiecham się.

środa, 2 września 2009

Internetowe Anioły- KONKURS





Anioł z Certaldo. Naszkicowany przeze mnie w Toskanii, latem 2007 roku. Zaistniał na kartce papieru, gdy rozedrgana teatralną fetą w małym, włoskim miasteczku poczułam w sobie siłę czyjegoś dobra. Rozświetlony zamek pełen aniołów, kuglarzy, aktorów...śpiew, tańce na ulicy i kaskady ognia...Drodzy Czytelnicy, przeżyliście kiedyś dzięki komuś chwilę magiczną?

Na Mercantia zabrał mnie Tomek Tryba.

Po koszmarnym, powolnym przemieszczaniu się duszną, zakorkowaną autostradą w stronę Sieny stwierdziłam, że oszalałam. Mai było niedobrze, Kacperek, rodzinny wesołek, przestał się uśmiechać, mąż zaciął usta w linijkę. Radość z przebywania w Toskanii uleciała ze mnie jak powietrze z zawodnika sumo, który wylądował właśnie poza matą. Złapałam za telefon. Wybrałam numer wpisany do książki telefonicznej „właściwie nie wiadomo, po co”.

On wiedział o mnie tylko tyle, że prowadzę internetowe zapiski o podróżowaniu z małym dzieckiem. Ja o nim tyle, że jest Polakiem i ma piękny dom niedaleko miejsca, w którym utknęliśmy. Usłyszałam w słuchawce: „Jasne, dziewczyno, przyjeżdżajcie!" Gdy dotarliśmy do Pino, właściwie wysypaliśmy się z samochodu. Zmęczeni, „podduszeni”, osłabieni. Reanimowano nas szybko. Tomek dwoił się i troił, by móc z nami pobyć, porozmawiać...goście mu właśnie odjeżdżali. Widziałam, jak ściskał dłoń płaczącej kobiety. ”Tomku, wyjeżdżamy, ale za rok na pewno wrócimy”- szeptała. Po jakimś czasie, gdy byliśmy już w pełni sił, dostaliśmy propozycję wspólnego wypadu do Certaldo. „Lubisz teatr?”- zapytał. Oczy rozbłysły mi jak dwie latarenki. Przechodził samego siebie, by móc mi uliczny teatr włoski pokazać. („To plan jest taki- to zrobię jutro, a tego, czort tam z tym, może wcale, tu podjedziemy, tam staniemy, a jak się nie da tu, to...”- itd., itp.)

Pino i Certaldo odwiedziliśmy dzięki osobie poznanej przez Internet.

Z Joanną nie widziałyśmy się nigdy w realnym, "namacalnym" świecie. Gdy zniknęłam po kilku zapiskach, zareagowała od razu. Martwiła się, czekała. Uśmiechnęła się zaraz po moim powrocie. Jak dobrze po chwilach zwątpienia dowiedzieć się, że są tacy ludzie.

TO NIE BĘDZIE TYPOWY KONKURS, choć jedna z osób otrzyma nagrodę. PROSZĘ WAS, NAPISZCIE W KOMENTARZACH O OSOBIE Z INTERNETU, KTÓREJ ZAWDZIĘCZACIE PIĘKNĄ CHWILĘ. Mile widziane będą krótkie historyjki i linki do stron prowadzonych przez życzliwe osoby. Niech one też zostaną nagrodzone, niech dowiedzą się o nich inni. Może to być ktoś ze społeczności „blogowej”, ale niekoniecznie. Na wpisy będę czekała do 15 września. Nagroda zostanie przyznana poprzez losowanie.

niedziela, 30 sierpnia 2009

Dwa do przodu





Jako mała dziewczynka mieszkałam w dużym domu przy bzowej alei położonym na uboczu, z dala od innych domostw. Wychowywałam się właściwie wśród lasów, pól, łąk, w ogrodzie mojego ojca. Byłam kocią mamą, wdychałam zapach zakamarków olbrzymiego poddasza, jak dzikuska prychałam na ludzi. Kochałam starą bibliotekę mieszczącą się na strychu poniemieckiego budynku. Pracowała w niej moja mama. Zabierała mnie między regały pełne książek. Zdejmowałam je z półek z ogromną ostrożnością. Pożółkłe kartki weteranek traktowałam jak świętość. Czytałam w dzień, w nocy-najczęściej J. Verne’a. Moi rodzice byli domatorami, wędrowałam więc tylko w marzeniach poza granice naszego świata.

Moim ulubionym miejscem w okolicy był przystanek autobusowy. Stałam na wysepce udeptanej niecierpliwymi stopami. Krzyżowało się tam wiele ścieżek. Wokół rosły rumianki. Pamiętam ich zapach, często rozcierałam pajęczynę rumiankowych liści w palcach. Czekałam. Autobus nadjeżdżał. Ludzie wysiadali, wsiadali, odjeżdżali, rozchodzili się. Czasem ktoś kogoś ściskał, całował- na pożegnanie, na powitanie. Po chwili zostawałam sama. W myślach kłębiły się obrazy. Twarze ludzi za autobusowymi oknami. Gdzie byli, skąd jechali, co widzieli? Ileż bym wtedy oddała, by zniknąć w przepastnym brzuchu autobusu i podryfować w nieznane...na zawsze.

Wciąż spełniam marzenia małej dziewczynki, która w dwóch cieniuteńkich kucykach z kokardką i czerwonej sukieneczce w kropki podskakuje we mnie niespokojnie. Może ja nigdy i nigdzie nie poczuję, że znalazłam swoje miejsce na Ziemi? Może zawsze już będę „dwa do przodu, dwa do tyłu”...i na tym polega moje szczęście?

Bardzo rzadko wracam do miejsc, w których już byłam. Do Grožnjan wrócę na pewno.

poniedziałek, 24 sierpnia 2009

Rovinj




Bum na Chorwację trwa. Jedzie do niej nie tylko Antonio czy Helmut, wybiera się tam również Tamara i Wiesia. Wszyscy rozegzaltowani. Zachęcana przez wieloletniego przyjaciela do odwiedzenia Chorwacji z uporem maniaka kręciłam głową, twierdząc, że to nie jest kraj dla mnie. Bardzo sceptycznie podchodziłam do wszystkich achów i echów związanych z letnim wypoczynkiem na chorwackim wybrzeżu. I słusznie. Bo wypełnione turystami niemalże pęka w szwach.

Nie twierdzę jednak, że do Chorwacji nie warto pojechać. Chyba każdy znajdzie w niej coś dla siebie. Wystarczy tylko chcieć.

piątek, 21 sierpnia 2009

Istria- nasz rejs








Umieszczam kilka uchwyconych chwil: "Ponieważ jedno zdjęcie starczy za sto słów."

Adriatyk




Odkryłam w sobie wielbiciela wody. „Jak może stwierdzić coś takiego kobieta od kilkunastu lat, z pełną świadomością wyboru, mieszkająca nad morzem?”- zakpić sobie ze mnie można. No tak, ale odkryć „nad” nie znaczy „na”. A ja zakochałam się w tym „na”, właśnie. Dziwi mnie to bardzo, ponieważ w astrologicznych notkach o swoim znaku zodiaku wyczytałam, że moim żywiołem jest ogień, nie woda, o czym przekonałam się boleśnie w czasie pewnego rejsu na Bornholm.

Rozwiało się, rozgrzmiało i trząść poczęło minipromikiem, na którym znalazłam się z własnej i nieprzymuszonej woli. Za okrągłymi okienkami rosły sine brzuchy fal, a ja się czułam...a ja jakoby nie czułam się wcale. Świadomość własnego istnienia zmroził we mnie strach i bulgoczące mi w trzewiach litry wody. Nie, nie opiłam się. Wyobrażałam sobie po prostu, co się ze mną stanie po zatonięciu promu.

Przez parę lat po tej przygodzie nie pomyślałam nawet o tym, by przestąpić burtę jakiegokolwiek statku, choć niewielka kupka żelaza dotarła w końcu szczęśliwie do Nexo.

Strach przeszedł mi w tym roku. Wsiadłam na łupinkę nieśmiało bujającą się na wodach Adriatyku. Nie żałuję. Przeżyłam cały dzień na statku, z zachwytem chłonąc odkrywane przede mną cuda morskiej przygody. Zmieniło mnie to bardzo. Jestem odważniejsza w podejmowaniu życiowych decyzji (niekoniecznie związanych z rejsem dookoła świata).

Paraliżowani strachem często rezygnujemy z własnego szczęścia. Dobrze jest czasem zaryzykować.

czwartek, 13 sierpnia 2009

Wakacyjna rozmowa




- Wiesz, kochanie, co podobało mi się najbardziej dzisiejszego dnia?
- Skoki ze statku! Widziałam to podekscytowanie w twoich oczach, widziałam!
- A wcale, że nie, nie zgadłaś.
- Jej, no to nie wiem.
- Twoje spojrzenie mi się najbardziej podobało.
- Moje spojrzenie?
- No tak, takie jak wtedy.
- Jak kiedy?
- Jak wtedy, kiedy się poznaliśmy. Pamiętasz? Piętnaście lat temu.
- Ech, no przestań. Chociaż, w sumie...może masz rację...bo nurkowałeś jak młody bóg!
- No coś ty...ja ostatni raz w liceum tak...
- No mówię ci, jak młody bóg!

środa, 12 sierpnia 2009

Gabriele




„Moja idea szczęścia to życie domowe, tak przytulne i harmonijne, jak tylko mogę je sobie wyobrazić. I mężczyzna, który należy całkowicie i tylko do mnie, na zawsze. Oczywiście, to może mi się nie ziścić i mogę nie znaleźć ani jednego, ani drugiego: więc staram się być zadowolona z tego, co mam. Myślę, że najlepiej znajdować radość w swojej pracy, w malowaniu. I jeżeli tylko chciałbyś mi w tym pomóc - byłabym bardzo szczęśliwa.” –fragment listu Gabriele Münter do Wasilija Kandinskiego; listu, który nigdy nie został wysłany.

Nie wiem, co mnie urzekło najbardziej w Gabriele Münter: sposób, w jaki kochała, czy jej obrazy. Chyba jedno i drugie, choć jej miłość wielu wydaje się kontrowersyjną.

Miłosne uniesienia Kandinskiego można uprościć do matrioszkowego schematu. Pierwsza żona, malarka (Rosjanka) zostaje porzucona dla kochanki, malarki (Niemki), którą z kolei malarz opuszcza i zastępuje kolejną malarką (Rosjanka). Kobieta za kobietą...jakież to „samcze”. Gabriele jest, jak się nietrudno domyślić, w środku tej układanki. Kiedyś umieściłam na blogu zdjęcie Niny, drugiej żony Kandinskiego. Jak bardzo Gabriele chciała być na jej miejscu, mogę się tylko domyślać.

Nic w tej historii nie jest jednak oczywiste. Zawierucha z 1914 roku, rewolucja światopoglądów, borykanie się ze słabościami i jednocześnie własną wielkością- nie miał Kandinski łatwego życia. Być może Gabriele to rozumiała. Usunęła się w cień, skryła samotnie w ich wspólnym niegdyś domu, tęskniła i czekała.

Niejedna kobieta sprzedałaby na jej miejscu opuszczone przez gagatka gniazdo, spaliłaby malowane dla niej przez niego meble i oddała jego ubrania biednym (lub wyrzuciła je na śmietnik). Gabriele do swojej śmierci zachowywała w swoim domu wszystko tak, jakby on nigdy nie przestał być także jego domem. Zapachniało „kobiecą martyrologią”? Cóż, to była po prostu nieprzeciętna kobieta. Doceniała fakt, że choć straciła mężczyznę swego życia, zaznała dzięki niemu tego, o czym niejedna kobieta może tylko pomarzyć.

Wpis ten dedykuję mojemu mężowi, który, jak niejeden mężczyzna by to uczynił, nie zgrzyta zębami, że wieźć mnie musi prawie tysiąc kilometrów, bym sobie obejrzała jedną „biało-niebieską chatynkę” (określenie Juśki, mniej dla mnie wyrozumiałej od swego ojca).

wtorek, 11 sierpnia 2009

W Alpach









Pakujemy się pospiesznie. Znaczy, ja tak się pakuję. Jakbym chciała uciec od wszystkiego i już nie wrócić. Nie da się jednak desperacką dezercją rozwiązać problemów. Wiem, że kiedyś będę musiała stawić czoła lękom czającym się na dnie mojej duszy. Nieważne. Macham ręką. Muszę naładować akumulatory w mózgu. Ugasić ogień myśli. Odpocząć. W wewnętrznej ciszy łatwiej usłyszeć głos rozsądku. Mój mąż nic nie mówi na to, że w tym roku mniej jestem przygotowana do podróży niż...zawsze bywało. Co pierwsze? Alpy, Murnau. Znalazłaś tam jakiś nocleg? Znajduję. Na 10 minut przed wyjściem z domu.

poniedziałek, 10 sierpnia 2009

Przerwa


Przegapiłam blogową wiosnę. Przyznaję szczerze: z pełną świadomością. Zaszyłam się w ogrodzie. Sadziłam drzewa, krzewy i „podhodowane” przez specjalistów, dla takich ogrodniczych sierot jak ja, kwiaty. Patrzyłam później, jak się to wszystko budzi, przeciąga, rozkwita. Przytykałam nos do młodych listków, gładziłam pąki, rozgryzałam źdźbła trawy i wsłuchiwałam w gżegżółkowe bicie wiosennego serca. Wewnętrznym łkaniem prosiłam każdą grudkę ziemi o korzenny zapach, każdą roślinkę o nieskromny, wybujały wzrost, wybuch zieleni. Otępiała z bólu, z wieloma znakami zapytania w sobie, na kolanach, błądząc rękoma jak ociemniała, szukałam wokół siebie życia.

Po śmierci bliskiej mi osoby obezwładniło mnie całkowicie okrucieństwo prostej odpowiedzi na proste pytanie: „Dlaczego?”...„Nie wiem."

Nikt nie wie.

Gorzko pożałowałam napisanych w lutym słów: „Zaczynam po prostu oswajać się z kosą.” Okazało się to całkowitą nieprawdą. Porozmawiałabym sobie chętnie z Epikurem. Śmierć według niego ludzi nie dotyczy. Nie dotyczy żyjących, bo wszak...żyją. Nie dotyczy umarłych, bo ich nie ma. A co z tymi, którym umiera nagle ktoś kochany? Co z tymi, co zostają? „Muszą pogodzić się z losem”- zapewne. Cóż innego mogą zrobić?

sobota, 14 lutego 2009

Wiosennie


Jacht

Wiosna nastawała prawie niedostrzegalnie. Juśka nie widziała jej. Słyszała jednak odgłos kroków stawianych przez ogromne nogi. Słyszała go w sobie, pod powiekami zaciskanymi mocno przed zaśnięciem. Wyobrażała sobie ciężkie stopy wiosny tonące z chlupotem w miękkiej, gliniastej ziemi na polach. Ubłocony dół szarej sukienki, brunatne zacieki, ciężki od wilgoci, lniany materiał. Prawie czarne oczy, niezbyt kształtna masa sterczących, białych włosów. Wieniec młodych liści biel tę okalający jak korona cierniowa głowę Pana Jezusa. Zadarty nos i niedopasowane do niego poważne, srogie wręcz spojrzenie. Wiosna Juśki. Pełna ukrytego piękna, hojnie rozsypująca życie dokoła siebie- na starą renetę w sadzie, na wiśnie pokiereszowane przez wiatr, krzak agrestu w ogrodzie, na bzy, jaśminowce, fiołki i jeża, który zasnął w kącie parku tuż koło skrzypiącej, drewnianej furtki. Według wyobrażeń dziewczynki wiosna była dobra, choć pociągała siarczyście nosem i ocierała go rękawem sukni. Babcia Maria twierdziła, że żadna dobrze wychowana panienka tak nie czyni. Widocznie wiosna nie miała nikogo, kto by ją dobrze wychował. Za to Juśkę wciąż ktoś wychowywał i to bardzo dobrze- babcia Wołłejko upomnieniami, mama klapsami, no i ojciec srogim spojrzeniem. Mimo tych licznych zabiegów wychowawczych zdarzało się dziewczynce zachowywać niestosownie.

Tak było pewnego poranka, gdy słoneczne światło na dobre rozgościło się w Olbrzymim Pokoju. Nieco zamglone zwierciadło, wiszące naprzeciwko drewnianego łoża stało się świadkiem dzikich fanaberii. Lustrzane odbicie Juśki wysunęło aż po brodę długi, szpiczasty język. Potem wytrzeszczyło rażąco zielone oczy, zmarszczyło piegowaty nos i fuknęło jak stadko kociąt powitych przez czarną Klarę w jeżynowym gąszczu latem poprzedniego roku. Następnie odbiły się w lustrzanej tafli dwie chude łydki, wyciągnięte szybko spod mocno nakrochmalonej, sztywnej pościeli. Pachniała ta pościel ładnie, powietrzem mroźnym, nieskalanym, kłębiącym się na poddaszu wśród świeżo rozwieszonych przez mamę Jusi poszewek i prześcieradeł. Niestety o wtuleniu się w taką wykrochmaloną świeżość mowy nie było. Stało się to przyczyną prawdziwych męczarni, ponieważ Juśka często chowała się pod kołdrą przed złymi duchami. Przybywały do jej pokoju po zmierzchu. Okrywała się szczelnie; leżała bez ruchu, odgrodzona od świata zjaw murem żelaznej bawełny. Trudno jej było oddychać, zasypiała zmęczona strachem, z mokrymi od potu, cienkimi kosmykami włosów przyklejonymi do twarzy. Każdy ranek był wybawieniem. Za najlepszego przyjaciela dziewczynka uważała słońce

Gdy wstawała po dobrze przespanej nocy, wykonywała szalony taniec z okrzykami- pogańskie misterium na cześć światła przeganiającego w otchłań niebytu złe moce. Obracała się na wszystkie strony, drepcząc w kółko z uniesionymi ku górze rękoma. Najpierw oddawała pokłon faunowi zerkającemu na świat spomiędzy kiści rzeźbionych zawijasów gęsto oplatających szybkę w drzwiach. Potem odwracała się ku potężnemu, staremu świerkowi, którego uważała za króla wszelkich leśnych stworzeń. Widać go było przez okno, rósł w parku założonym w czasach pamiętających jeszcze na Pomorzu Niemców.
- Ha, Dostojny, udało się kolejny raz! Przeżyłam noc! Nie pożarły mnie!- podskakiwała, kręcąc przy tym biodrami, jakby podtrzymywała niewidzialne, wirujące hula-hop.
- Nie pożarły mnie, nie pożarły! Ma się na nie sposoby!- fajtnęła w powietrzu nogami, dała susa na łóżko i uniosła w powietrzu, odbita przez jęczące sprężyny, nie pierwszy raz zmuszone przez nią do wysiłku. Nagle zeskoczyła na parkiet, wprawiając w drgania przepastny brzuch kredensu, a wraz z nim kryształowe kieliszeczki, karafki, szklaneczki, dzbanuszki- cały matczyny, szklany skarb, który począł teraz zawodzić drżącym płaczem uderzających o siebie naczyń, upraszających się o należny im szacunek i odpowiednie traktowanie. Juśka nie zwróciła na to najmniejszej uwagi. Podbiegła w podskokach do okna, położyła łokcie na parapecie, na splecionych palcach oparła ostro zakończoną brodę. Przytknęła nos do szyby, błagalne spojrzenie wbiła w rozpostarte ramiona świerka-olbrzyma i wyszeptała:
- Powiedz mi, powiedz...widziałeś wiosnę?

cdn.

wtorek, 10 lutego 2009

Rozmowa blogowa- list nie do końca prywatny


Moja Droga!

Poczytałam. Wzruszyłam się. Twój styl, pogoń liter, ze słowa w słowo skok- jakbym widziała małą, ciemnowłosą, całą w lokach, pędzącą po nadmorskim piasku. Być może nie pamiętasz Łeby, siebie i mnie z tamtych dni.
Obie byłyśmy „przyjezdne”. Właśnie wtedy przyrzekłam sobie, że będę mieszkała na brzegu morza. Uparta byłam i jestem.

„ Nie pytaj więc, komu bije dzwon – bije on tobie; tak pisał czytany dawno temu Hemingway”

Dzisiaj jest mi tak, jeśli chodzi o dzwony:

„Komu dzwonią, temu dzwonią
Mnie nie dzwoni żaden dzwon
Bo takiemu pijakowi
Jakie życie taki zgon.”

Upiła (ubiła?) mnie doby ostatniej czwarta nad ranem i sen, który nie przyszedł. Starał się przyjść, biedaczyna. Został wyrzucony za próg, zamarzł w śniegu. Buchnął ze mnie ogień piekielny (nosem) i ujrzałam ptaszydła wyłażące z piekielnych czeluści. Przepędziłam kumotrów czorta...nie dla mnie noc, nie dla mnie sen. Nawet na lekki horrorek senny nie mogę sobie pozwolić- dym wysmarkałam w chusteczkę higieniczną. Schodzę na dziady...liczę coś takiego jak „łatwość zadań” (egzaminacyjnych) na podręcznym kalkulatorku do rana. Bóg mnie opuścił! Zwaryjowałam!

Czy wiesz, że niektórym moim „Młodym” Hemingway kojarzy się wyłącznie z synonimem słowa: „nierządnica” ?...bo wymsknęło się staremu człowiekowi na środku morza.

Jestem nierządnicą dnia codziennego.

„Ale, proszę pani, czy to przeszkadza prawdziwej miłości?” Lubisz Tuwima, wspomniałaś kiedyś.

Jednobiegunowość. Sted- brak czterech palców, tabletki, Hemingway-dubeltówka, Herbert- astma (mój wróg), ślubna sukienka Aliny na przywitanie wojny. Zaślubiny ze śmiercią. Ostatnio mnie ten tan mniej przeraża. Być może depresja zaczyna jeść mi z ręki...czy też odwrotnie. A może to z depresją nie ma nic wspólnego. Zaczynam po prostu oswajać się z kosą. Życie ziemskie jest tak cholernie piękne, gdy każda komórka mózgu krzyczy, że nie jest wieczne.

Dance macabre na moście w Avignon...konik na biegunach.

“Où peut-on être mieux / Qu’au sein de sa famille?“

"Nie wiesz, dlaczego 28-letnie bezdzietne baby pasjami kupują sobie w prezencie książki dla dzieci?" Magię Mary Poppins widocznie mają w sobie. Odczuwają altruistyczną potrzebę pomocy (przez 20 minut dziennie, codziennie) matkom obwieszonym dziećmi...(przegięłam?). Całuję i pstryczek w nos.

Iza

środa, 4 lutego 2009

Zapętlona


Koniec ferii, koniec wolności. Rozkładam arkusze w zgrabne wachlarzyki- po pięć prac w każdym. Otaczam się nimi według zasady egocentrycznej- ja w środku, kaskady zapisanego maczkiem papieru wokół mnie. Zatrzymuję zmęczony wzrok na poszczególnych kopczykach. Raz, dwa, trzy, pierwsza będziesz ty...wybieram wielokartkową płachtę. Zaglądam do niej na początku nieśmiało, a po chwili wertuję na całego, bo co mi nieśmiałość da?... i tak trzeba się będzie ze wszystkimi kopcami zmierzyć:
- Hasło encyklopedyczne...jest.
- Reklama...jest.
- Pojęcie demokracja...
- Mamo, pobaw się ze mną w balonik! Do samotni przepełnionej moim zawodowym szaleństwem wkracza syn.
- Synku, jestem balonikiem przekłutym, przybitym do biurka i całkowicie wyjętym spod prawa uniesienia się ku górze. Nie mogę się z tobą bawić, nie mam czasu, pracuję.
- A ręcznik?
- Aktualnie jestem brudny, śmierdzący, ociekający bakteriami. Wytarcie się mną grozi śmiercią. Musisz mnie wrzucić do pralki i wygotować...koniecznie- burczę tubalnie.
- Co ty mówisz, mamo?
- Chciałeś się bawić w ręcznik, to się bawię.
- Chciałem się bawić w balonik!
- Zrobiony z ręcznika?...wytarty ręcznikiem?- poprawiam się szybko, bo oczy mój syn ma jak dwa baloniki.
- Mamo!- krzyk wyrzutu. –Chciałem, żebyś mi zrobiła pętelkę przy brzegu ręcznika. Pani w przedszkolu powiedziała, że ręcznik, który mi dałaś, nie może być bez pętelki, bo nie trzyma się na haczyku!
O kurczę. Zanim powiesiłam się w myślach...na haczyku, wymamrotałam: „głupia matka, głupia matka”. Kocham zestawienie słów: „pani w przedszkolu powiedziała”, aż mnie z miłości dreszcze obłażą od paznokci stóp do loków płowych, gdy je słyszę. Czary mary-w wyobraźni swojej rozłożyłam przed panią z przedszkola wachlarze ręczników, po pięć w każdym...i kazałam robić pętelki. Po wykonaniu przez nią drugiej już mi przeszło, strasznym mięczakiem jestem. Ręcznikowe wachlarze zawirowały w mej głowie w szalonym tańcu, stały się barwną plamą i przepadły we mgle. Zdjęłam siebie z haczyka, panią poklepałam po ramieniu, synowi rzekłam:
- Później synku, teraz nie mam czasu, pracuję.

Skradam się na palcach do łóżka. Muskam nosem jedną główkę, potem drugą. Przymykam powieki. Kolejny dzień jakby mnie nie było (taty znowu nie ma na całego), a one w nagrodę tak mi pachną, te moje dzieci. Zjadły kolację i wykąpały się same. Potykam się o coś. Książka. „Pinokio”. Leży tuż pod zastygłą w bezruchu, opuszczoną bezwładnie ręką córki. Domowa akcja: „Tylko Maja czyta dziecku” stała się już tradycją. Ja nie mam czasu...robię się świetna w guzikach z pętelką.
Kładę rękę Juśki na miękkiej pościeli, całuję pachnącą snem dłoń. W oczach mam ogromne łzy.

sobota, 31 stycznia 2009

Kobieta nienowoczesna


Zrobiłam kolację przy świecach.


Awokado przekroiłam, polałam obficie sokiem z cytryny, a następnie posypałam solą i pieprzem. Na wierzchu umieściłam sos majonezowo-śmietanowy z cząstkami dużymi pomidorów, ogórka, papryki i jajek. Wszystko z tęsknoty.
Miałam się za kobietę nowoczesną, niezależną, nietęskniącą. No właśnie, miałam. Ledwie on przekroczył próg domu po pięciu dniach nieobecności...ja na niego z nogami wokół bioder- skończyło się upadkiem. Wykorzystały to dwie sztuki naszego potomstwa i było: mama na tatę, dzieci na mamę. Utworzyła się niezła piramidka.
Zapytałam ostatnio Maję i Kacpiego, czy im taty brakuje, jak taty nie ma. Gotowałam codziennie dania ulubione: kurczaczki, schaboszczaczki, kisielki, budyńki i zupę pomidorową z ryżem. Codziennie rozmawiałam, czytałam, budowałam, grałam, całowałam, okrywałam, otulałam, spałam między dwójką, zaczynając rozumieć głupie położenie sardynek w puszce. Nawet do kina poszłam na Madagaskar 2. Byłam święcie przekonana, że wystarczam swym dzieciom całkowicie, że od a do z zaspokajam ich potrzeby. Spodziewałam się odpowiedzi typu:
- No co ty, mamo, tak się starasz, niczego i nikogo nam nie brakuje! Rozczarowali mnie oboje.
- Kacperku, brakuje ci tatusia?
- Tak.
- A do czego ci tatuś potrzebny?
- Do naprawienia komórki. Uśmiechnęłam się. Od paru miesięcy zupełnie nie interesował się telefonem leżącym na cmentarzu zabawek. Podstępna, mała bestia! Juśka natychmiast „potrzeby” ściągnęła:
- A mi jest tata potrzebny do przeglądu mp5!. Jak to się mówi teraz w języku młodych: wielka ściema.
No dobrze, dobrze- tylko przekornie tak piszę. Taty moich dzieci brakowało i mnie...do szczęścia.

czwartek, 29 stycznia 2009

Gdzie jest Zdzisiek?


Patrzę właśnie z nostalgią na fotografię zrobioną przez siebie w Poroninie. Po prawej jest Bea, po lewej Mela, a na środku zdjęty w pozie uciesznej- Zdzisiek.
Zdzisław pojawił się w naszym życiu rodzinnym ku mojemu zaskoczeniu.

Początkowo, gdy znaleźliśmy się tuż przy jego osobistym, pomalowanym na zielono płocie, zaczął na nas zaciekle szczekać.
Komponował się kolorystycznie z zielenią ogrodzenia nieźle, bo miał rudą, lśniącą sierść. Rudy kojarzy mi się jednak zawsze źle, z czymś wrednym (nie mam tych skojarzeń w oparciu o społeczną, nieuzasadnioną nietolerancję tegoż koloru włosów, lecz niezbyt miłe osobiste z kilkoma rudymi „zetknięcia”), powiedziałam więc do męża zupełnie niewzruszona estetycznie:
- Wredny, rudy kundel, na dzieci szczeka, jeszcze weźmie i użre które (w dzieci byliśmy bardzo zasobni, ponieważ wybraliśmy się na przechadzkę ze znajomymi).

Podejrzenia o zapędy zbrodnicze kundla okazały się jednak zupełnie nieuzasadnione. Pies obszczekał nas na początku groźnie, z postawionymi na baczność uszami- jak mu nakazywał kanon zachowań psich wobec obcych znajdujących się tuż za własnościowym płotem, później jednak uszami chlapnął po karku, podbiegł z merdaniem do wyciągniętych rąk dzieci i począł oblizywać piszczące z uciechy małoletnie towarzystwo. No tego się po nim nie spodziewałam!

Po minucie został maskotą wszystkich- głaskaliśmy i drapaliśmy miłośnie rudą kulkę, z której niczym antena zdalnego sterowania sterczał ku niebu rozczochrany ogon.
-Istny lisek chytrusek! Wie, jak człowieka podejść!- zawołałam, co oburzyło starszą córkę Bei:
- Ciocia, jaki lisek, toż to zwykły Zdzisiek! Spojrzałam na mordkę rudzielca robiącego właśnie jedną z min zaliczających się do zestawu: „Miny powalające na kolana” i rzekłam:
- Nie wiem, czy mu się to spodoba, on już się przecież jakoś nazywa. Zdzisiek brzmi tak troszkę...krzywdząco.
Zwierzaki mają tego pecha, że nie mogą się osobiście nikomu przedstawić, uznałam jednak, że wielkiej krzywdy mu nie uczynimy, jeśli na parę minut zrobimy z niego Zdziśka. No bo co psu za różnica: Cezar, Brutus czy... Zdzisiek?- byle go hołubiono, głaskano i jeść mu dawano!

Mina kundelkowi na wołania: „Zdzisiek, Zdzisiek” nie zrzedła wcale, wręcz przeciwnie- pyszczek miał rozradowany, a antena na szczycie psiego tyłu szalała mu w rytmicznym tańcu „prawy do lewego, lewy do prawego”, bujając energicznie na boki całą przyogonową częścią ciała.
Drapanie psiaka za uszami zostało brutalnie zakończone obwieszczeniem, że musimy iść dalej.
- Pa, Zdzisiek, trzymaj się dzielnie, pilnuj domu!- krzyknęliśmy na pożegnanie.
Zdzisiek się jednak z taką koleją rzeczy nie godził. Wyskoczył przed nas jak torpeda, czyniąc z ogona sztandar z napisem: „Pilnujcie się mnie, ze mną was nic złego nie spotka!” i wziął w swoje łapy przywództwo nad naszą gromadą. Biegł, rozglądając się, czy aby wszystkie psy w okolicy traktują nas z należytym szacunkiem. „Oni są ze mną, wara wam od nich”- biło od Zdziśka.

Bawiła mnie setnie ta wyniosła postawa dowódcy zastępu do pewnego momentu. Niespodziewanie pojawił się przed nami bury, obdrapany psiur, który z całą pewnością z niejednej miski pokarm...wyżerał. Schowałam synka małego za siebie. Zdzisiek najeżył się jak szakal, wyszczerzył kły. Na nic zdało się zatrwożone wołanie dzieci:
- Zdzisiek, ty się nie wygłupiaj, ty jesteś mniejszy! Ruda kulka zmieniła się w rozwścieczoną kulę ogniową. Co bury na to? Ano nic, dał nogę! Zdzisiek przestał mnie śmieszyć, stał się bohaterem!

Mówienie na bohatera per Zdzisiek zakrawa na trącanie diamentu kijem. Gdy po szaleństwach wspólnych na ośnieżonym wzgórzu pies nagle przepadł bez wieści, oczy mi się zaszkliły.
- No i gdzieś ty teraz, Zdzisław, polazł, gdzie?– wyszeptałam w pustą, białą przestrzeń.

Czy ktoś zna odpowiedź na to pytanie? Przy zielonym płotku znajomej rudości już nigdy nie uświadczyliśmy.

wtorek, 27 stycznia 2009

Matka i żona w Tatrach


Udało się. Może dlatego, że jestem matką nienormalną.
Pojechaliśmy w Tatry, spędziliśmy tam tydzień czasu i wróciliśmy bez uszczerbku na zdrowiu.
O dziwo, Kacper zgubił na stokach gorączkę, kaszel i świsty.
Szaleństwa jednak nie było. Zatrwożenie moje oraz baczna obserwacja dziecięcia za to owszem- w ilościach mogących śmiało konkurować z wielkością Bałtyku czy też raczej wysokością Rys, rzec winnam, skoro zamieniliśmy na jakiś czas nadmorskie Nornisko na chatynkę w górach.

No, z tą "chatynką" przesadziłam. Na niekorzyść dla dużego domostwa na przedmieściach Zakopanego (lub szarym końcu Poronina, jak kto woli), w którym pomieszkiwaliśmy otoczeni góralską życzliwością, karmieni suto i pysznie.
Na wypadek, gdyby ktoś z naszych przyjaciół przebywających w Tatrach razem z nami był odmiennego zdania, uczynię dopisek: NAM się podobało. I to nawet bardzo.

Zakochałam się znowu w mężu.
Tak to się już ze mną dzieje. Nowe miejsce, klimat inny... doznaję w takich okolicznościach olśnienia: "Mam nowego męża!" Znaczy- tego od dawna, nowego mam.
Kocham go lat kilkanaście, ale z zakochiwaniem się to już inna sprawa. Zakochuję się w nim nieprędko, za to bez jakiejkolwiek rozwagi. Tracę głowę dla niego czasami, ot co.
Bezpieczne to nie jest zbytnio, bo utrata głowy dla mężczyzny nigdy nie wróży kobiecie niczego dobrego.

Trzeba zachowywać czujność zawsze, bo mężczyźni są z Marsa, kobiety z Wenus i już samo to zróżnicowane położenie w kosmosie sugeruje, że do zjednoczenia i przyjaźni nam daleko.
Możemy się jedynie kochać (ewentualnie podejmować próby kolegowania lub koleżankowania- jeśli ktoś jest zwolennikiem takich stosunków damsko-męskich), na Ziemię rzucając białe flagi poddania się...czy też raczej rulony z wypisanymi punktami paktu o nieagresji.
Agresję wszelaką odrzuciliśmy z mężem w czasie urlopu zimowego w kąt tatrzańskiego pensjonatu.
Oby z tego trzeciego potomka nie było...chociaż...e, nie, niech mi takie myśli szaleńcze do głowy nie przychodzą!

Nie tylko ja się zakochuję, zakochuje się także moja Juśka (skrót od Majuśki).
Pewnie, że nie napiszę konkretnie w kim, co i jak. To, naturalnie, wielka tajemnica.
Wspomnę tylko o niepokojącym mnie fakcie, że córka moja uczucia swoje lokuje w przystojnych (sztuk takowych było już w jej życiu wiele, więc mogę stwierdzić, że to zjawisko chroniczne) i z zadartym nosem. W przenośni, oczywiście. Czasami łobuzów strasznych (tu bez przenośni). Ignoruje natomiast wrażliwość, uczuciowość oraz dobre serce, które noszą w sobie mali, piegowaci, wywrotni (troszkę w przenośni).

Rany, co mnie w najbliższej przyszłości czeka! Teraz to tam bowiem jeszcze nic, ale jeśli ona się zakocha już tak bardziej dorośle, a źle i cierpieć będzie, to ja strugi łez ukradkiem w poduszki wyleję, zaciskając zęby, by nie zacisnąć pięści i nie lecieć, żeby delikwentowi przyłożyć.
Ależ Maja ma matkę!- wojowniczą jak stado żółwi ninja!
Cóż, ja wiem, że będę musiała jej pozwolić żyć własnym życiem, popełniać błędy, a także uczyć się na owych błędach. Łatwo mi jednak patrzeć na to nie będzie.

Szanuję moją mamę za to, że w moje uczuciowe związki się nie wtrącała, gościła kurtuazyjnie jednego, drugiego, trzeciego, itd. (niestety) i uśmiechała się jednakowo do tych kolejnych męskich cyferek w moim życiu.
Bywało jednak, że miałam odrobinę żalu, bo choć doskonale wiedziała, nie powiedziała mi- ślepemu z miłości kretowi, jakiego to ja do domu robaka przywiodłam...pędraka pospolitego tłustego powierzchownie, w środku z zakalcem (krety się bez robaków po prostu obejść nie mogą, rzucają się zwłaszcza na wielkie, wszystko przez zachłanne nienapasienie!).
Cóż, postępowałam wedle tej zasady: póki kret zatęchłej zgnilizny robala we własnym gardle nie poczuje, póty nie wypluje (poetki raczej ze mnie z takimi rymami nie będzie). Moja mama znała mnie na wylot. Wyjątkowo uparta i niereformowalna jestem, więc mnie nie pouczała.

Mai też niewiele brakuje do rasowego Porfiriona (geny!), ale spróbuję zanotować w jej świadomości porzekadło babci Bei (znajomej od serca, nie piszę „przyjaciółki”, ponieważ przyjaźń między kobietami to coś na tyle skomplikowanego, że rzadko kiedy na takie miano zasługuje): „Dziecko, pamiętaj, że z ładnej miski się nie najesz!” (moje: „Ślepy krecie, nie każdy tłusty pędrak jest dobry” brzmi raczej średnio, więc sobie daruję).

Czy znajomość życiowej mądrości da coś mojej córce? Może tak, może nie- czas pokaże.
Z całą pewnością życie ułoży kolejną opowieść, której tylko ona będzie główną bohaterką. Ja będę stała z boku, gotowa jednak na to, by w każdej chwili (w razie potrzeby) mocno ją przytulić.

Jeśli zaś przeczytają te słowa (kiedyś tam) potencjalni kandydaci do skrzywdzenia Mai, niech pamiętają o tym, że spokój stada zwykłych żółwi w jej matce może ulec nagłej transformacji.

środa, 14 stycznia 2009

Taki jeden dzień


Mam dzisiaj jeden z tych dni, kiedy kobieta płacze i nie wie właściwie, dlaczego. Kacper miał w nocy trudności z oddychaniem. Astma plus przeziębienie. Powinnam się przyzwyczaić. Na przestrzeni dwóch lat przeżyliśmy kilka zapaleń oskrzeli, niespodziewane i nagłe powiększanie się węzłów chłonnych. "Chomik"- tak Kacperek mówi na siebie, gdy choruje. Wesoły chomik, który matkę swoją niejednokrotnie podnosił z ziemi- obolałą z rozpaczy, pełną rozdygotanego przerażenia.

Strach o pocieszkę moją już za mną. Były gruntowne, szpitalne badania. Przeżyłam dni, które właściwie dniami trudno nazwać, bo zlały się w jakąś masę czasu stojącego w miejscu. Czekanie. Ileż to jedno słowo może zawrzeć w sobie bólu i łez.

Gdy usłyszałam, że: „to nie jest żaden nowotwór”, narodziłam się na nowo. Narodziłam się, by walczyć z przewlekłą chorobą swojego dziecka. Daję sobie jakoś radę. Nadal oblewam się jednak potem, gdy nie słyszę dziecięcego oddechu za oddechem- równej fali, jak ta morska bijącej o brzeg. Zrywam się w nocy. Niby wiem, że wszystko jest pod kontrolą. Niestety, nie czuję się panią sytuacji. Chyba muszę do tego dorosnąć. Rany, przecież ja jestem dorosła! No to może wyrosnąć z tego muszę!

Kacperek nie będzie wilkiem. Żabą też nie. Nie dla niego obecnie bal. A mnie się od rana płakać chce. Dlaczego? Przecież oskrzela i płuca czyste, Nasza Pani Doktor tak powiedziała, a kaszle teraz straszliwie co trzeci człowiek w Polsce. Ech, wyrosnąć, wyrosnąć z tego muszę jak nic.

poniedziałek, 12 stycznia 2009

Tatry, narty i żaba


Zamiast pakować rzeczy na wyjazd w góry i psychicznie przygotowywać się na pokonanie z Małym Kacprem odległości niepokojącej mnie (bo długiej), myślę o lecie i kolejnej wyprawie w nieznane. Szybuję nad ośnieżonymi szczytami do krain ciepłych- oczywiście płochą myślą jedynie. Chcę słońca, lata i żeby mróz już sobie poszedł, najlepiej do Rosji, czyli tam, skąd prawdopodobnie przyszedł.

Powinnam o góralach spod samiuśkich Tater rozmyślać, a nie na przykład o tej kobiecie, będącej bohaterką pewnej opowieści biograficznej, związanej z naszą kolejną wakacyjną przygodą. Na bok historyje różne i rozmarzenie. Szykować mi się trzeba, w garść się wziąć. Boję się trochę. Obyśmy dojechali szczęśliwie. Dzieci już doczekać się nie mogą gór, nart, góralskiego wigoru, który nam się zawsze w czasie pobytu w Tatrach bardzo udziela. Ech, no co ja marudzę z tą drogą trudną. Dobrze będzie!

Mam mały problem z Kacprem związany. W czwartek mój syn pragnie iść na bal przebierańców. Chce być wilkiem albo ewentualnie żabą. Żaden Spider-man, żaden Superman czy też pirat, których w wypożyczalniach pełno. Wilk albo żaba i tyle!

czwartek, 8 stycznia 2009

Bigos toskańsko-prowansalski, a właściwie...kapuśniak


-Kto tu coś przypieczył?- zapytał Kacper, wciągając szybko powietrze zmarszczonym noskiem w czasie przekraczania progu kuchni.
-E, nikt nic!- próbowałam słownym wykrętem zamaskować zapalenie się patelni.
-Przecież czuję, że coś tu dziwnie pachnie. Mój syn rzadko mówi: „śmierdzi”, bo to brzydkie słowo. W pomieszczeniu zrobiło się siwo. Udawałam, że nie mam nic wspólnego z tym koszmarnym dymem. Ogień tuż przed wejściem Kacpra ugasiłam, polewając patelnię strugą z kranu, a następnie otworzyłam szeroko okno, chociaż zaczął się przez nie wdzierać do Norniska mróz- całe minus jedenaście stopni. Zapłaciłam w ten sposób za „poczytywanie” między zmywaniem naczyń, a doprawianiem kapuśniaku wykonanego przez męża (nie będę odbierać mu zasług).
-Kochanie, czyżby moja zupka jakimś cudem poszła z dymem?- zawołał z łazienki zaniepokojony. Miałaś ją tylko doprawić!
-A gdzież tam!- odkrzyknęłam. „Zupka jakimś cudem nie poszła z dymem”- pomyślałam, a głośno rzuciłam w powietrze zachwyconym głosem:
-Nakryjcie do stołu, lepszego kapuśniaku nie jedliście w życiu! Spaloną mąkę dokładnie zmyłam z osmalonego oblicza patelni, krzyknęłam trzy razy: „a kysz”, odczyniając machaniem „zadymienie” i odetchnęłam z ulgą. Sumienia jednak całkowicie z zarzutów nie oczyściłam. Jego głos, nieco stłumiony tylko, buczał we mnie basem przepowiedni, że jednoczesne zajmowanie się sztuką wielką i sztuką kulinarną skończy się kiedyś dla mnie bardzo źle.
-Strzeż mnie, Panienko Śliczna, przed tym, co mnie ostrzegawczo złowrogim głosem w środku dźga- wymamrotałam i zanurzyłam chochlę w złotym, wonnym płynie.

Kapuśniak z przygodami to jest to. Gdy patelnia stanęła w płomieniach, czytałam sobie w najlepsze biografię Botticellego (po raz kolejny, bo go uwielbiam). Byłam właśnie na fragmencie opisującym bujne życie współpracownika malarza. Filippino Lippi został mianowicie porwany przez berberyjskich piratów. Od czego jednak miał talent? Rach ciach, zbójów wzruszył, oczywiście nie paciórkiem na wzgórku (patrz- A. Mickiewicz), lecz przepięknymi malowidłami. Wrócił do Neapolu, stamtąd sprowadzony został do Florencji, ale długo już sobie nie pożył. Otruli go bracia pewnej piękności, którą próbował uwieść. Temperament rozwścieczonych Włochów poznałam, zanurzając się w uliczki Pistoi w Toskanii. Krzyki piekielne, dobiegające z ciemnego zaułka (z pewnością nie ujętego w żadnym przewodniku), wygnały mnie stamtąd w tempie błyskawicznym ze strachem okrutnym w sercu, że za chwilę zostanie mi ono wyrwane przez rozszalały pistoiski element. Element polski wiele mógłby się od owego nauczyć, jeśli chodzi o waśnie i swary...głupie. Filippo stracił życie głupio właśnie, a szkoda, bo 57 lat to nie jest głęboka starość przecież (potwierdzają to szaleństwa miłosne malarza) i mógłby jeszcze wiele obrazów dla potomnych stworzyć.




Spacer uliczkami Pistoi. Maja. Toskania.


Pistoia, Toskania.

Miłość do sztuki sakralnej zakorzeniona została we mnie w dzieciństwie. Nastroju panującego w domu mojej babci Joanny w czasie „goszczenia” przez nią jednego z obrazów Madonny z Dzieciątkiem nie zapomnę nigdy. Poza tym babcia miała wiele obrazów przedstawiających Świętą Rodzinę. Przed zaśnięciem- a zwykle nie mogłam długo zasnąć, analizowałam każdy ich szczegół. No i mi zostało. Obecnie mam towarzyszkę w czasie wędrówek po galeriach malarskich- jest nią moja córka Maja. Nie namawiałam jej do tego. Gdy była jeszcze małą dziewczynką, poprosiła o możliwość pójścia ze mną na wystawę. Łyknęła bakcyla. Od tamtej pory mamy swoje kobiece wyjścia do oaz duchowego rozwoju oraz wspólne delektowanie się. Do niedawna nasi chłopcy nie mieli nic przeciwko temu, byśmy sobie uskuteczniały to wzajemne, babskie buszowanie w sztuce. Sielanka, szepty do ucha, przystawanie, uśmiechy, achy, zdziwienie, ciągnięcie siebie wzajemne przed obraz jakiś - obdzielałyśmy się tym wspólnie do tego lata bez zakłóceń. W czasie naszego pobytu w Awinionie w święte nasze ze sztuką spotkania wkroczył Kacper. Tak, tak- mamy teraz co wspominać!




Bieg ku marzeniu z książką o Botticellim w ręce.
Musee Petit Palais. Awinion. Prowansja.

Petit Palais to pałac wybudowany w XIV wieku dla „kardynalskiej świty" dworu papieskiego. Od 1976 roku mieści się tu muzeum posiadające w swoich zbiorach rzeźby i obrazy z czasów średniowiecza i wczesnego renesansu. Awiniońscy papieże byli Francuzami, ale dwór ich stanowili w przeważającej większości Włosi, dlatego właśnie dzieła twórców tej narodowości w muzeum dominują. Śmiałam się, że w Toskanii zobaczyłyśmy wystawę dzieł Cezanne`a (który malował głównie w Prowansji, ale w jego rodzinnym Aix-en-Provence obrazy mistrza zobaczyć można...na ekranie monitora jedynie, o zgrozo!), w Prowansji natomiast było nam dane podziwiać malarzy toskańskich. Wszystko na odwrót, ale już się do tego przyzwyczaiłam, że tak mi się właśnie najczęściej w życiu dzieje. Udało nam się zobaczyć piękną Madonnę z Dzieciątkiem Botticellego, owszem. W Petit Palais obsługa muzeum mało nie dostała jednak przez to zawału. Kacper po dziesiątym wizerunku kobiety ubranej w dziwne szaty, trzymającej tłustego bobasa stwierdził, że tu nie ma nic do oglądania. Upomniany przez Maję syknięciem, a przeze mnie zmrożony wzrokiem, usiadł sobie na wygodnym siedzonku i spuścił głowę. Oddałam się więc uniesieniu przy jednym z obrazów i odfrunęłam myślą w dal. Wtedy rozległ się huk. Sala momentalnie zapełniła się rozgorączkowanymi ochroniarzami, bladymi jak ściana. W myślach widzieli już pewnie tylko puste miejsce po Botticellim, ukradzionym podstępnie przez jakąś bestię, która sprzeda następnie to dzieło za bajońskie pieniądze, a im przyjdzie się chyba przez to powiesić. Cóż, w muzeum chodzi się na palcach, mówi się szeptem. Nikt nigdy nie próbował tam skakać, tupać i stuknąć nogami w jedno z siedzisk. Mój syn spróbował. Efekt był piorunujący. Gdy odkryto, kto był przyczyną całego zajścia, ciszę muzeum przerwał perlisty rechot Francuzów. Prawie taki, jaki wydał mój mąż, gdy przyznałam się w końcu, że przez Botticellego moja zasmażka stanęła w płomieniach.

wtorek, 6 stycznia 2009

Pozostało w statki grać


SMS do Bei. "Mam ochotę na grzańca i pogadanie. Idziesz ze mną do portu?" Rozpaczliwe, kobiece wołanie w zimowy dzień. Czuję nagły przypływ chęci wypłynięcia na wody życia towarzyskiego. W portowym barze robią doskonałe grzane wino, buchające wonią goździkowo-cytrusową. Ichnia zupa rybna, rozlewająca się po ciele wraz z dreszczem przyjemności, również nie jest mi obojętna. No i dobrze mi się tam śpiewa szanty przy trzaskającym ogniu (no, może: śpiewa to za dużo powiedziane w moim przypadku). Szkoda, że spotkania przy szantach są tam tak rzadkie jak czarna perła. Idziemy. Dziarskie, choć lekko przerażone mrozem- co tam, rozgrzejemy się wszak za chwilę. I co? W porcie jeno wiatr swawoli i kilku rybaków przy kutrach (swawoli również). Bar straszy ciemnymi oczodołami okien. Wygląda, jakby go ktoś zamknął, a następnie klucz rzucił w fale. Odwagi na wproszenie się na piwo do polujących na ryby wilków morskich nam brak. Pudło.

Wypisuję mężowi na kartce tytuły babskich powieści, bo chcę umysł lekkim masażem słownym potraktować. Mąż do miasta jedzie (ewentualnych czytelników z Mrzeżyna uprasza się o powstrzymanie śmiechu i brak wątpliwości- tak, o miasto Trzebiatów mi chodzi). Proszę go o wypożyczenie dwóch książek w pałacu. Obiecuje, że po nie wdepnie. Słowny mąż, dobry mąż. Dzwoni z miasta, z biblioteki.
-Jest jedna taka, którą chciałaś i kilka innych, brać?
- Brać!
- Ale którą?
- Czy ja wiem? Niech ci pani coś poradzi, zdaję się na jej gust, myśleć mi się nie chce ostatnio. Nic mi się nie chce ostatnio.
Słysząc takie słowa, profilaktycznie woli się wycofać, kwitując wszystko krótkim: „No dobra, coś się wybierze”. Wybrali osiem. Nie wiem, jak udało mu się namówić panią do przekroczenia limitu. Mnie wolno wypożyczyć tylko trzy woluminy (jak mówi pewna Pani Magda Bibliotekarka). No tak, ale ja nie jestem błękitnookim szatynem, starającym się dogodzić potrzebom żony. Czytelniczym, oczywiście. To na panią bibliotekarkę musiało podziałać bardzo mocno. No i mam kilka godzin masażu na mózg zapewnionych (bo na nogi już za późno-hehe). Substytut nieosiągalnego życia towarzyskiego z grzanym winem w tle. Trafiony, niezatopiony.

Chichoczemy w pracy. Opowiadam dziewczynom, jak to miałam nadzieję, że książki dla bab odmienią moje życie, zaczęłam się bowiem utożsamiać i zapragnęłam rzucić się do boju:
-Pierwsza w nocy, ale walczę. Dochodzę do momentu, gdy nauczycielkę wyrzucają z pracy. Jak nic będzie musiała stawić czoła wyzwaniu i na pewno zmieni swoje życie fantastycznie, na celujący z plusem. Czytam więc z wypiekami kartka za kartką, by się dowiedzieć, co ja będę musiała zrobić w przyszłości, bo chcę wszystko rzucić (chęci bycia wyrzuconą nie posiadam, naturalnie), zacząć od nowa i wieść spokojne życie nienauczycielskie! Bez ADHD, dysleksji, dys...całokształtu i innych takich niespodzianek...ech, no może dramatyzuję, czystego chamstwa małoletniego po prostu mam dość (dziewczyny przytakują, że rzeczywiście dość mieć można, więc kontynuuję opowieść). Pojawia się we mnie nadzieja...o pierwszej nad ranem, czy to nie jest dobra godzina na zmiany? Aż wyję z radości!
-I co? I co?- pytają zaciekawione koleżanki po fachu (też chcą rzucać, zmieniać i żyć jak bohaterki książek).
-I nic.
-Łeeeee, no jak to nic?
-Dziewczyny, macie szansę, że was zasponsoruje tajemniczy, uwodzicielski adorator?
Miny jednoznacznie wskazują na brak wyżej wymienionego.
- Nie ma adoratora, nie ma zmian!- dobijam je.
-A to świństwo!-krzyczą niemalże jednocześnie.
-No, niezupełnie. Jest jeszcze możliwość otrzymania spadku (kręcą głowami), zaprzyjaźnienia się z gejami (wzruszają ramionami), dostania w darze kota (prychnięcie i wzmianki o braku możliwości czasowych dbania o taki dar).
-To cóż, dziewczynki- wobec tego bierzmy dzienniki i czyńmy swoją powinność. Trafiony, zatopiony.

niedziela, 4 stycznia 2009

O gwiazdach, co brzegiem morza wędrowały


Niedziele zimowe są najgorsze nad morzem (w Polsce). Stosowne jest w tym miejscu uczynienie dopisku: dla mnie. Owszem, czasem spadnie śnieg. Można wtedy ulepić niedzielnego bałwana albo porzucać się rodzinnie śnieżkami. Sporadycznie tak się dzieje, bo nad Bałtykiem śnieżna zima to rzadkość. Mimo braku śniegu wykąpać się w morzu nie można (chyba że należy się do klubu morsów), posiedzieć na plaży również - czasem trudnością jest w ogóle wyjście na plażę, bo głowę chce, bez ogródek mówiąc, chętnemu na nadmorski spacerek urwać. No logiczne (co ja tu w ogóle wypisuję), zima to zima i już. Słońce, oczywiście, zachodzi nad morzem tak samo szybko jak wszędzie w Polsce. Wraz z niedzielnym, za szybkim zimowym zmrokiem pojawia się w człowieku (patrz- we mnie) nieuchronne przeczucie nadejścia poniedziałku. A ja, zgodnie z kultowym tytułem filmu, nie lubię poniedziałków.
- Wyprałam ci wczoraj koszulkę na trening i skarpetki- rzuciłam zaczepnie do męża dzisiejszego niedzielnego poranka.
- Taak...i?- przeczuł podstęp.
- I oczekuję czegoś w zamian- wypaliłam niemiłosiernie (dla niego) szybko i stanowczo.
- Czego na przykład?
- Czegoś. Nie bój się, nie każę ci jeść zakazanego owocu, nie rób takiej przerażonej miny. Ewą nie jestem.
- Uff, wobec tego do raju nie będę cię musiał zabierać.
- Do raju nie.
- A gdzie?
- Nie wiem, pomyśl. Ja zrobiłam pranie, reszta należy do ciebie. Spraw jednak, proszę nawet bardzo, żebym mogła zapomnieć o poniedziałku...i żeby jeszcze były święta.
- Odpowiada ci zabawa w kolędników?
- Może być- wrażenie na mnie zostało zrobione.
No i poszliśmy przed siebie, niosąc nakrapiane lukrem gwiazdy. Morze szumiało, ja komponowałam stroiki mrzeżynieckie, on robił zdjęcia, a ludzie się dziwowali, że hej.



Stroiki nadmorskie:



Stroiki portowe:



Powiększenie zdjęć można uzyskać kliknięciem na daną fotografię, natomiast pierniki można wykonać następująco :

Pierniki IzyO., przepis ukradziony perfidnie z kuchni Pani Mikołajowej

60 dkg mąki pszennej
6 dkg masła lub margaryny
1 szklanka cukru pudru
1 szklanka miodu (pół szklanki prawdziwego i pół sztucznego)
2 jajka
1 łyżeczka sody oczyszczonej
2 łyżeczki korzennej przyprawy do pierników

Mąkę, cukier, sodę, przyprawę korzenną wymieszać ze sobą. Następnie dodać masło lub margarynę, miód i jajka, wszystko połączyć i wyrobić ciasto, które następnie należy rozwałkować dość grubo ( na około 0,5 cm) i wykrawać foremkami pierniczki. Układać na blaszce dość rzadko. Jeżeli chcemy uzyskać połysk, musimy posmarować pierniczki przed włożeniem do piekarnika roztrzepanym trzepaczką lub widelcem jajkiem. Piec w piekarniku w temperaturze 180 stopni C na złoty lub brązowy kolor- jak kto lubi. Żeby pierniki były miękkie, należy umieścić je wilgotne w szczelnie zamykanej puszce. Ich wykonanie daje ogromną radość, a zapach zawsze kojarzy się z dobrem, ciepłem i miłością.




Przepis na lukier

2 białka , 25 dkg cukru podru ucierać w makutrze albo w misce przez ok. pół godziny.

I jeszcze jedno, zapomniałam! Jeśli chcecie stworzyć w pierniczku szybkę, musicie wyciąć w dużym pierniku otwór okienka (najlepiej mniejszą foremką), ułożyć ciastko z dziurką na blaszce wyłożonej papierem do pieczenia (to konieczność!), wsypać do środka pokruszone landrynki (nie należy mieszać kolorów landrynek) i pierniczki upiec (maksymalnie 8 minut). Po wyjęciu ostudzić nieco, podważyć i zdjąć z blaszki. Tak powstają błyszczące pierniki-witrażyki, lśniące na choince. Moje dzieci je kochają. Ja również! Pierniki Pani Mikołajowej uwielbiam tak bardzo, że pieczenie ich jest moim antidotum na smutki.