czwartek, 8 stycznia 2009

Bigos toskańsko-prowansalski, a właściwie...kapuśniak


-Kto tu coś przypieczył?- zapytał Kacper, wciągając szybko powietrze zmarszczonym noskiem w czasie przekraczania progu kuchni.
-E, nikt nic!- próbowałam słownym wykrętem zamaskować zapalenie się patelni.
-Przecież czuję, że coś tu dziwnie pachnie. Mój syn rzadko mówi: „śmierdzi”, bo to brzydkie słowo. W pomieszczeniu zrobiło się siwo. Udawałam, że nie mam nic wspólnego z tym koszmarnym dymem. Ogień tuż przed wejściem Kacpra ugasiłam, polewając patelnię strugą z kranu, a następnie otworzyłam szeroko okno, chociaż zaczął się przez nie wdzierać do Norniska mróz- całe minus jedenaście stopni. Zapłaciłam w ten sposób za „poczytywanie” między zmywaniem naczyń, a doprawianiem kapuśniaku wykonanego przez męża (nie będę odbierać mu zasług).
-Kochanie, czyżby moja zupka jakimś cudem poszła z dymem?- zawołał z łazienki zaniepokojony. Miałaś ją tylko doprawić!
-A gdzież tam!- odkrzyknęłam. „Zupka jakimś cudem nie poszła z dymem”- pomyślałam, a głośno rzuciłam w powietrze zachwyconym głosem:
-Nakryjcie do stołu, lepszego kapuśniaku nie jedliście w życiu! Spaloną mąkę dokładnie zmyłam z osmalonego oblicza patelni, krzyknęłam trzy razy: „a kysz”, odczyniając machaniem „zadymienie” i odetchnęłam z ulgą. Sumienia jednak całkowicie z zarzutów nie oczyściłam. Jego głos, nieco stłumiony tylko, buczał we mnie basem przepowiedni, że jednoczesne zajmowanie się sztuką wielką i sztuką kulinarną skończy się kiedyś dla mnie bardzo źle.
-Strzeż mnie, Panienko Śliczna, przed tym, co mnie ostrzegawczo złowrogim głosem w środku dźga- wymamrotałam i zanurzyłam chochlę w złotym, wonnym płynie.

Kapuśniak z przygodami to jest to. Gdy patelnia stanęła w płomieniach, czytałam sobie w najlepsze biografię Botticellego (po raz kolejny, bo go uwielbiam). Byłam właśnie na fragmencie opisującym bujne życie współpracownika malarza. Filippino Lippi został mianowicie porwany przez berberyjskich piratów. Od czego jednak miał talent? Rach ciach, zbójów wzruszył, oczywiście nie paciórkiem na wzgórku (patrz- A. Mickiewicz), lecz przepięknymi malowidłami. Wrócił do Neapolu, stamtąd sprowadzony został do Florencji, ale długo już sobie nie pożył. Otruli go bracia pewnej piękności, którą próbował uwieść. Temperament rozwścieczonych Włochów poznałam, zanurzając się w uliczki Pistoi w Toskanii. Krzyki piekielne, dobiegające z ciemnego zaułka (z pewnością nie ujętego w żadnym przewodniku), wygnały mnie stamtąd w tempie błyskawicznym ze strachem okrutnym w sercu, że za chwilę zostanie mi ono wyrwane przez rozszalały pistoiski element. Element polski wiele mógłby się od owego nauczyć, jeśli chodzi o waśnie i swary...głupie. Filippo stracił życie głupio właśnie, a szkoda, bo 57 lat to nie jest głęboka starość przecież (potwierdzają to szaleństwa miłosne malarza) i mógłby jeszcze wiele obrazów dla potomnych stworzyć.




Spacer uliczkami Pistoi. Maja. Toskania.


Pistoia, Toskania.

Miłość do sztuki sakralnej zakorzeniona została we mnie w dzieciństwie. Nastroju panującego w domu mojej babci Joanny w czasie „goszczenia” przez nią jednego z obrazów Madonny z Dzieciątkiem nie zapomnę nigdy. Poza tym babcia miała wiele obrazów przedstawiających Świętą Rodzinę. Przed zaśnięciem- a zwykle nie mogłam długo zasnąć, analizowałam każdy ich szczegół. No i mi zostało. Obecnie mam towarzyszkę w czasie wędrówek po galeriach malarskich- jest nią moja córka Maja. Nie namawiałam jej do tego. Gdy była jeszcze małą dziewczynką, poprosiła o możliwość pójścia ze mną na wystawę. Łyknęła bakcyla. Od tamtej pory mamy swoje kobiece wyjścia do oaz duchowego rozwoju oraz wspólne delektowanie się. Do niedawna nasi chłopcy nie mieli nic przeciwko temu, byśmy sobie uskuteczniały to wzajemne, babskie buszowanie w sztuce. Sielanka, szepty do ucha, przystawanie, uśmiechy, achy, zdziwienie, ciągnięcie siebie wzajemne przed obraz jakiś - obdzielałyśmy się tym wspólnie do tego lata bez zakłóceń. W czasie naszego pobytu w Awinionie w święte nasze ze sztuką spotkania wkroczył Kacper. Tak, tak- mamy teraz co wspominać!




Bieg ku marzeniu z książką o Botticellim w ręce.
Musee Petit Palais. Awinion. Prowansja.

Petit Palais to pałac wybudowany w XIV wieku dla „kardynalskiej świty" dworu papieskiego. Od 1976 roku mieści się tu muzeum posiadające w swoich zbiorach rzeźby i obrazy z czasów średniowiecza i wczesnego renesansu. Awiniońscy papieże byli Francuzami, ale dwór ich stanowili w przeważającej większości Włosi, dlatego właśnie dzieła twórców tej narodowości w muzeum dominują. Śmiałam się, że w Toskanii zobaczyłyśmy wystawę dzieł Cezanne`a (który malował głównie w Prowansji, ale w jego rodzinnym Aix-en-Provence obrazy mistrza zobaczyć można...na ekranie monitora jedynie, o zgrozo!), w Prowansji natomiast było nam dane podziwiać malarzy toskańskich. Wszystko na odwrót, ale już się do tego przyzwyczaiłam, że tak mi się właśnie najczęściej w życiu dzieje. Udało nam się zobaczyć piękną Madonnę z Dzieciątkiem Botticellego, owszem. W Petit Palais obsługa muzeum mało nie dostała jednak przez to zawału. Kacper po dziesiątym wizerunku kobiety ubranej w dziwne szaty, trzymającej tłustego bobasa stwierdził, że tu nie ma nic do oglądania. Upomniany przez Maję syknięciem, a przeze mnie zmrożony wzrokiem, usiadł sobie na wygodnym siedzonku i spuścił głowę. Oddałam się więc uniesieniu przy jednym z obrazów i odfrunęłam myślą w dal. Wtedy rozległ się huk. Sala momentalnie zapełniła się rozgorączkowanymi ochroniarzami, bladymi jak ściana. W myślach widzieli już pewnie tylko puste miejsce po Botticellim, ukradzionym podstępnie przez jakąś bestię, która sprzeda następnie to dzieło za bajońskie pieniądze, a im przyjdzie się chyba przez to powiesić. Cóż, w muzeum chodzi się na palcach, mówi się szeptem. Nikt nigdy nie próbował tam skakać, tupać i stuknąć nogami w jedno z siedzisk. Mój syn spróbował. Efekt był piorunujący. Gdy odkryto, kto był przyczyną całego zajścia, ciszę muzeum przerwał perlisty rechot Francuzów. Prawie taki, jaki wydał mój mąż, gdy przyznałam się w końcu, że przez Botticellego moja zasmażka stanęła w płomieniach.

1 komentarz:

admin - przepisy kulinarne pisze...

Polecam kapuśniak z kiszonej kapusty. Najlepszy na drugi dzień. Smacznego.