środa, 12 sierpnia 2009

Gabriele




„Moja idea szczęścia to życie domowe, tak przytulne i harmonijne, jak tylko mogę je sobie wyobrazić. I mężczyzna, który należy całkowicie i tylko do mnie, na zawsze. Oczywiście, to może mi się nie ziścić i mogę nie znaleźć ani jednego, ani drugiego: więc staram się być zadowolona z tego, co mam. Myślę, że najlepiej znajdować radość w swojej pracy, w malowaniu. I jeżeli tylko chciałbyś mi w tym pomóc - byłabym bardzo szczęśliwa.” –fragment listu Gabriele Münter do Wasilija Kandinskiego; listu, który nigdy nie został wysłany.

Nie wiem, co mnie urzekło najbardziej w Gabriele Münter: sposób, w jaki kochała, czy jej obrazy. Chyba jedno i drugie, choć jej miłość wielu wydaje się kontrowersyjną.

Miłosne uniesienia Kandinskiego można uprościć do matrioszkowego schematu. Pierwsza żona, malarka (Rosjanka) zostaje porzucona dla kochanki, malarki (Niemki), którą z kolei malarz opuszcza i zastępuje kolejną malarką (Rosjanka). Kobieta za kobietą...jakież to „samcze”. Gabriele jest, jak się nietrudno domyślić, w środku tej układanki. Kiedyś umieściłam na blogu zdjęcie Niny, drugiej żony Kandinskiego. Jak bardzo Gabriele chciała być na jej miejscu, mogę się tylko domyślać.

Nic w tej historii nie jest jednak oczywiste. Zawierucha z 1914 roku, rewolucja światopoglądów, borykanie się ze słabościami i jednocześnie własną wielkością- nie miał Kandinski łatwego życia. Być może Gabriele to rozumiała. Usunęła się w cień, skryła samotnie w ich wspólnym niegdyś domu, tęskniła i czekała.

Niejedna kobieta sprzedałaby na jej miejscu opuszczone przez gagatka gniazdo, spaliłaby malowane dla niej przez niego meble i oddała jego ubrania biednym (lub wyrzuciła je na śmietnik). Gabriele do swojej śmierci zachowywała w swoim domu wszystko tak, jakby on nigdy nie przestał być także jego domem. Zapachniało „kobiecą martyrologią”? Cóż, to była po prostu nieprzeciętna kobieta. Doceniała fakt, że choć straciła mężczyznę swego życia, zaznała dzięki niemu tego, o czym niejedna kobieta może tylko pomarzyć.

Wpis ten dedykuję mojemu mężowi, który, jak niejeden mężczyzna by to uczynił, nie zgrzyta zębami, że wieźć mnie musi prawie tysiąc kilometrów, bym sobie obejrzała jedną „biało-niebieską chatynkę” (określenie Juśki, mniej dla mnie wyrozumiałej od swego ojca).

Brak komentarzy: