sobota, 31 stycznia 2009

Kobieta nienowoczesna


Zrobiłam kolację przy świecach.


Awokado przekroiłam, polałam obficie sokiem z cytryny, a następnie posypałam solą i pieprzem. Na wierzchu umieściłam sos majonezowo-śmietanowy z cząstkami dużymi pomidorów, ogórka, papryki i jajek. Wszystko z tęsknoty.
Miałam się za kobietę nowoczesną, niezależną, nietęskniącą. No właśnie, miałam. Ledwie on przekroczył próg domu po pięciu dniach nieobecności...ja na niego z nogami wokół bioder- skończyło się upadkiem. Wykorzystały to dwie sztuki naszego potomstwa i było: mama na tatę, dzieci na mamę. Utworzyła się niezła piramidka.
Zapytałam ostatnio Maję i Kacpiego, czy im taty brakuje, jak taty nie ma. Gotowałam codziennie dania ulubione: kurczaczki, schaboszczaczki, kisielki, budyńki i zupę pomidorową z ryżem. Codziennie rozmawiałam, czytałam, budowałam, grałam, całowałam, okrywałam, otulałam, spałam między dwójką, zaczynając rozumieć głupie położenie sardynek w puszce. Nawet do kina poszłam na Madagaskar 2. Byłam święcie przekonana, że wystarczam swym dzieciom całkowicie, że od a do z zaspokajam ich potrzeby. Spodziewałam się odpowiedzi typu:
- No co ty, mamo, tak się starasz, niczego i nikogo nam nie brakuje! Rozczarowali mnie oboje.
- Kacperku, brakuje ci tatusia?
- Tak.
- A do czego ci tatuś potrzebny?
- Do naprawienia komórki. Uśmiechnęłam się. Od paru miesięcy zupełnie nie interesował się telefonem leżącym na cmentarzu zabawek. Podstępna, mała bestia! Juśka natychmiast „potrzeby” ściągnęła:
- A mi jest tata potrzebny do przeglądu mp5!. Jak to się mówi teraz w języku młodych: wielka ściema.
No dobrze, dobrze- tylko przekornie tak piszę. Taty moich dzieci brakowało i mnie...do szczęścia.

czwartek, 29 stycznia 2009

Gdzie jest Zdzisiek?


Patrzę właśnie z nostalgią na fotografię zrobioną przez siebie w Poroninie. Po prawej jest Bea, po lewej Mela, a na środku zdjęty w pozie uciesznej- Zdzisiek.
Zdzisław pojawił się w naszym życiu rodzinnym ku mojemu zaskoczeniu.

Początkowo, gdy znaleźliśmy się tuż przy jego osobistym, pomalowanym na zielono płocie, zaczął na nas zaciekle szczekać.
Komponował się kolorystycznie z zielenią ogrodzenia nieźle, bo miał rudą, lśniącą sierść. Rudy kojarzy mi się jednak zawsze źle, z czymś wrednym (nie mam tych skojarzeń w oparciu o społeczną, nieuzasadnioną nietolerancję tegoż koloru włosów, lecz niezbyt miłe osobiste z kilkoma rudymi „zetknięcia”), powiedziałam więc do męża zupełnie niewzruszona estetycznie:
- Wredny, rudy kundel, na dzieci szczeka, jeszcze weźmie i użre które (w dzieci byliśmy bardzo zasobni, ponieważ wybraliśmy się na przechadzkę ze znajomymi).

Podejrzenia o zapędy zbrodnicze kundla okazały się jednak zupełnie nieuzasadnione. Pies obszczekał nas na początku groźnie, z postawionymi na baczność uszami- jak mu nakazywał kanon zachowań psich wobec obcych znajdujących się tuż za własnościowym płotem, później jednak uszami chlapnął po karku, podbiegł z merdaniem do wyciągniętych rąk dzieci i począł oblizywać piszczące z uciechy małoletnie towarzystwo. No tego się po nim nie spodziewałam!

Po minucie został maskotą wszystkich- głaskaliśmy i drapaliśmy miłośnie rudą kulkę, z której niczym antena zdalnego sterowania sterczał ku niebu rozczochrany ogon.
-Istny lisek chytrusek! Wie, jak człowieka podejść!- zawołałam, co oburzyło starszą córkę Bei:
- Ciocia, jaki lisek, toż to zwykły Zdzisiek! Spojrzałam na mordkę rudzielca robiącego właśnie jedną z min zaliczających się do zestawu: „Miny powalające na kolana” i rzekłam:
- Nie wiem, czy mu się to spodoba, on już się przecież jakoś nazywa. Zdzisiek brzmi tak troszkę...krzywdząco.
Zwierzaki mają tego pecha, że nie mogą się osobiście nikomu przedstawić, uznałam jednak, że wielkiej krzywdy mu nie uczynimy, jeśli na parę minut zrobimy z niego Zdziśka. No bo co psu za różnica: Cezar, Brutus czy... Zdzisiek?- byle go hołubiono, głaskano i jeść mu dawano!

Mina kundelkowi na wołania: „Zdzisiek, Zdzisiek” nie zrzedła wcale, wręcz przeciwnie- pyszczek miał rozradowany, a antena na szczycie psiego tyłu szalała mu w rytmicznym tańcu „prawy do lewego, lewy do prawego”, bujając energicznie na boki całą przyogonową częścią ciała.
Drapanie psiaka za uszami zostało brutalnie zakończone obwieszczeniem, że musimy iść dalej.
- Pa, Zdzisiek, trzymaj się dzielnie, pilnuj domu!- krzyknęliśmy na pożegnanie.
Zdzisiek się jednak z taką koleją rzeczy nie godził. Wyskoczył przed nas jak torpeda, czyniąc z ogona sztandar z napisem: „Pilnujcie się mnie, ze mną was nic złego nie spotka!” i wziął w swoje łapy przywództwo nad naszą gromadą. Biegł, rozglądając się, czy aby wszystkie psy w okolicy traktują nas z należytym szacunkiem. „Oni są ze mną, wara wam od nich”- biło od Zdziśka.

Bawiła mnie setnie ta wyniosła postawa dowódcy zastępu do pewnego momentu. Niespodziewanie pojawił się przed nami bury, obdrapany psiur, który z całą pewnością z niejednej miski pokarm...wyżerał. Schowałam synka małego za siebie. Zdzisiek najeżył się jak szakal, wyszczerzył kły. Na nic zdało się zatrwożone wołanie dzieci:
- Zdzisiek, ty się nie wygłupiaj, ty jesteś mniejszy! Ruda kulka zmieniła się w rozwścieczoną kulę ogniową. Co bury na to? Ano nic, dał nogę! Zdzisiek przestał mnie śmieszyć, stał się bohaterem!

Mówienie na bohatera per Zdzisiek zakrawa na trącanie diamentu kijem. Gdy po szaleństwach wspólnych na ośnieżonym wzgórzu pies nagle przepadł bez wieści, oczy mi się zaszkliły.
- No i gdzieś ty teraz, Zdzisław, polazł, gdzie?– wyszeptałam w pustą, białą przestrzeń.

Czy ktoś zna odpowiedź na to pytanie? Przy zielonym płotku znajomej rudości już nigdy nie uświadczyliśmy.

wtorek, 27 stycznia 2009

Matka i żona w Tatrach


Udało się. Może dlatego, że jestem matką nienormalną.
Pojechaliśmy w Tatry, spędziliśmy tam tydzień czasu i wróciliśmy bez uszczerbku na zdrowiu.
O dziwo, Kacper zgubił na stokach gorączkę, kaszel i świsty.
Szaleństwa jednak nie było. Zatrwożenie moje oraz baczna obserwacja dziecięcia za to owszem- w ilościach mogących śmiało konkurować z wielkością Bałtyku czy też raczej wysokością Rys, rzec winnam, skoro zamieniliśmy na jakiś czas nadmorskie Nornisko na chatynkę w górach.

No, z tą "chatynką" przesadziłam. Na niekorzyść dla dużego domostwa na przedmieściach Zakopanego (lub szarym końcu Poronina, jak kto woli), w którym pomieszkiwaliśmy otoczeni góralską życzliwością, karmieni suto i pysznie.
Na wypadek, gdyby ktoś z naszych przyjaciół przebywających w Tatrach razem z nami był odmiennego zdania, uczynię dopisek: NAM się podobało. I to nawet bardzo.

Zakochałam się znowu w mężu.
Tak to się już ze mną dzieje. Nowe miejsce, klimat inny... doznaję w takich okolicznościach olśnienia: "Mam nowego męża!" Znaczy- tego od dawna, nowego mam.
Kocham go lat kilkanaście, ale z zakochiwaniem się to już inna sprawa. Zakochuję się w nim nieprędko, za to bez jakiejkolwiek rozwagi. Tracę głowę dla niego czasami, ot co.
Bezpieczne to nie jest zbytnio, bo utrata głowy dla mężczyzny nigdy nie wróży kobiecie niczego dobrego.

Trzeba zachowywać czujność zawsze, bo mężczyźni są z Marsa, kobiety z Wenus i już samo to zróżnicowane położenie w kosmosie sugeruje, że do zjednoczenia i przyjaźni nam daleko.
Możemy się jedynie kochać (ewentualnie podejmować próby kolegowania lub koleżankowania- jeśli ktoś jest zwolennikiem takich stosunków damsko-męskich), na Ziemię rzucając białe flagi poddania się...czy też raczej rulony z wypisanymi punktami paktu o nieagresji.
Agresję wszelaką odrzuciliśmy z mężem w czasie urlopu zimowego w kąt tatrzańskiego pensjonatu.
Oby z tego trzeciego potomka nie było...chociaż...e, nie, niech mi takie myśli szaleńcze do głowy nie przychodzą!

Nie tylko ja się zakochuję, zakochuje się także moja Juśka (skrót od Majuśki).
Pewnie, że nie napiszę konkretnie w kim, co i jak. To, naturalnie, wielka tajemnica.
Wspomnę tylko o niepokojącym mnie fakcie, że córka moja uczucia swoje lokuje w przystojnych (sztuk takowych było już w jej życiu wiele, więc mogę stwierdzić, że to zjawisko chroniczne) i z zadartym nosem. W przenośni, oczywiście. Czasami łobuzów strasznych (tu bez przenośni). Ignoruje natomiast wrażliwość, uczuciowość oraz dobre serce, które noszą w sobie mali, piegowaci, wywrotni (troszkę w przenośni).

Rany, co mnie w najbliższej przyszłości czeka! Teraz to tam bowiem jeszcze nic, ale jeśli ona się zakocha już tak bardziej dorośle, a źle i cierpieć będzie, to ja strugi łez ukradkiem w poduszki wyleję, zaciskając zęby, by nie zacisnąć pięści i nie lecieć, żeby delikwentowi przyłożyć.
Ależ Maja ma matkę!- wojowniczą jak stado żółwi ninja!
Cóż, ja wiem, że będę musiała jej pozwolić żyć własnym życiem, popełniać błędy, a także uczyć się na owych błędach. Łatwo mi jednak patrzeć na to nie będzie.

Szanuję moją mamę za to, że w moje uczuciowe związki się nie wtrącała, gościła kurtuazyjnie jednego, drugiego, trzeciego, itd. (niestety) i uśmiechała się jednakowo do tych kolejnych męskich cyferek w moim życiu.
Bywało jednak, że miałam odrobinę żalu, bo choć doskonale wiedziała, nie powiedziała mi- ślepemu z miłości kretowi, jakiego to ja do domu robaka przywiodłam...pędraka pospolitego tłustego powierzchownie, w środku z zakalcem (krety się bez robaków po prostu obejść nie mogą, rzucają się zwłaszcza na wielkie, wszystko przez zachłanne nienapasienie!).
Cóż, postępowałam wedle tej zasady: póki kret zatęchłej zgnilizny robala we własnym gardle nie poczuje, póty nie wypluje (poetki raczej ze mnie z takimi rymami nie będzie). Moja mama znała mnie na wylot. Wyjątkowo uparta i niereformowalna jestem, więc mnie nie pouczała.

Mai też niewiele brakuje do rasowego Porfiriona (geny!), ale spróbuję zanotować w jej świadomości porzekadło babci Bei (znajomej od serca, nie piszę „przyjaciółki”, ponieważ przyjaźń między kobietami to coś na tyle skomplikowanego, że rzadko kiedy na takie miano zasługuje): „Dziecko, pamiętaj, że z ładnej miski się nie najesz!” (moje: „Ślepy krecie, nie każdy tłusty pędrak jest dobry” brzmi raczej średnio, więc sobie daruję).

Czy znajomość życiowej mądrości da coś mojej córce? Może tak, może nie- czas pokaże.
Z całą pewnością życie ułoży kolejną opowieść, której tylko ona będzie główną bohaterką. Ja będę stała z boku, gotowa jednak na to, by w każdej chwili (w razie potrzeby) mocno ją przytulić.

Jeśli zaś przeczytają te słowa (kiedyś tam) potencjalni kandydaci do skrzywdzenia Mai, niech pamiętają o tym, że spokój stada zwykłych żółwi w jej matce może ulec nagłej transformacji.

środa, 14 stycznia 2009

Taki jeden dzień


Mam dzisiaj jeden z tych dni, kiedy kobieta płacze i nie wie właściwie, dlaczego. Kacper miał w nocy trudności z oddychaniem. Astma plus przeziębienie. Powinnam się przyzwyczaić. Na przestrzeni dwóch lat przeżyliśmy kilka zapaleń oskrzeli, niespodziewane i nagłe powiększanie się węzłów chłonnych. "Chomik"- tak Kacperek mówi na siebie, gdy choruje. Wesoły chomik, który matkę swoją niejednokrotnie podnosił z ziemi- obolałą z rozpaczy, pełną rozdygotanego przerażenia.

Strach o pocieszkę moją już za mną. Były gruntowne, szpitalne badania. Przeżyłam dni, które właściwie dniami trudno nazwać, bo zlały się w jakąś masę czasu stojącego w miejscu. Czekanie. Ileż to jedno słowo może zawrzeć w sobie bólu i łez.

Gdy usłyszałam, że: „to nie jest żaden nowotwór”, narodziłam się na nowo. Narodziłam się, by walczyć z przewlekłą chorobą swojego dziecka. Daję sobie jakoś radę. Nadal oblewam się jednak potem, gdy nie słyszę dziecięcego oddechu za oddechem- równej fali, jak ta morska bijącej o brzeg. Zrywam się w nocy. Niby wiem, że wszystko jest pod kontrolą. Niestety, nie czuję się panią sytuacji. Chyba muszę do tego dorosnąć. Rany, przecież ja jestem dorosła! No to może wyrosnąć z tego muszę!

Kacperek nie będzie wilkiem. Żabą też nie. Nie dla niego obecnie bal. A mnie się od rana płakać chce. Dlaczego? Przecież oskrzela i płuca czyste, Nasza Pani Doktor tak powiedziała, a kaszle teraz straszliwie co trzeci człowiek w Polsce. Ech, wyrosnąć, wyrosnąć z tego muszę jak nic.

poniedziałek, 12 stycznia 2009

Tatry, narty i żaba


Zamiast pakować rzeczy na wyjazd w góry i psychicznie przygotowywać się na pokonanie z Małym Kacprem odległości niepokojącej mnie (bo długiej), myślę o lecie i kolejnej wyprawie w nieznane. Szybuję nad ośnieżonymi szczytami do krain ciepłych- oczywiście płochą myślą jedynie. Chcę słońca, lata i żeby mróz już sobie poszedł, najlepiej do Rosji, czyli tam, skąd prawdopodobnie przyszedł.

Powinnam o góralach spod samiuśkich Tater rozmyślać, a nie na przykład o tej kobiecie, będącej bohaterką pewnej opowieści biograficznej, związanej z naszą kolejną wakacyjną przygodą. Na bok historyje różne i rozmarzenie. Szykować mi się trzeba, w garść się wziąć. Boję się trochę. Obyśmy dojechali szczęśliwie. Dzieci już doczekać się nie mogą gór, nart, góralskiego wigoru, który nam się zawsze w czasie pobytu w Tatrach bardzo udziela. Ech, no co ja marudzę z tą drogą trudną. Dobrze będzie!

Mam mały problem z Kacprem związany. W czwartek mój syn pragnie iść na bal przebierańców. Chce być wilkiem albo ewentualnie żabą. Żaden Spider-man, żaden Superman czy też pirat, których w wypożyczalniach pełno. Wilk albo żaba i tyle!

czwartek, 8 stycznia 2009

Bigos toskańsko-prowansalski, a właściwie...kapuśniak


-Kto tu coś przypieczył?- zapytał Kacper, wciągając szybko powietrze zmarszczonym noskiem w czasie przekraczania progu kuchni.
-E, nikt nic!- próbowałam słownym wykrętem zamaskować zapalenie się patelni.
-Przecież czuję, że coś tu dziwnie pachnie. Mój syn rzadko mówi: „śmierdzi”, bo to brzydkie słowo. W pomieszczeniu zrobiło się siwo. Udawałam, że nie mam nic wspólnego z tym koszmarnym dymem. Ogień tuż przed wejściem Kacpra ugasiłam, polewając patelnię strugą z kranu, a następnie otworzyłam szeroko okno, chociaż zaczął się przez nie wdzierać do Norniska mróz- całe minus jedenaście stopni. Zapłaciłam w ten sposób za „poczytywanie” między zmywaniem naczyń, a doprawianiem kapuśniaku wykonanego przez męża (nie będę odbierać mu zasług).
-Kochanie, czyżby moja zupka jakimś cudem poszła z dymem?- zawołał z łazienki zaniepokojony. Miałaś ją tylko doprawić!
-A gdzież tam!- odkrzyknęłam. „Zupka jakimś cudem nie poszła z dymem”- pomyślałam, a głośno rzuciłam w powietrze zachwyconym głosem:
-Nakryjcie do stołu, lepszego kapuśniaku nie jedliście w życiu! Spaloną mąkę dokładnie zmyłam z osmalonego oblicza patelni, krzyknęłam trzy razy: „a kysz”, odczyniając machaniem „zadymienie” i odetchnęłam z ulgą. Sumienia jednak całkowicie z zarzutów nie oczyściłam. Jego głos, nieco stłumiony tylko, buczał we mnie basem przepowiedni, że jednoczesne zajmowanie się sztuką wielką i sztuką kulinarną skończy się kiedyś dla mnie bardzo źle.
-Strzeż mnie, Panienko Śliczna, przed tym, co mnie ostrzegawczo złowrogim głosem w środku dźga- wymamrotałam i zanurzyłam chochlę w złotym, wonnym płynie.

Kapuśniak z przygodami to jest to. Gdy patelnia stanęła w płomieniach, czytałam sobie w najlepsze biografię Botticellego (po raz kolejny, bo go uwielbiam). Byłam właśnie na fragmencie opisującym bujne życie współpracownika malarza. Filippino Lippi został mianowicie porwany przez berberyjskich piratów. Od czego jednak miał talent? Rach ciach, zbójów wzruszył, oczywiście nie paciórkiem na wzgórku (patrz- A. Mickiewicz), lecz przepięknymi malowidłami. Wrócił do Neapolu, stamtąd sprowadzony został do Florencji, ale długo już sobie nie pożył. Otruli go bracia pewnej piękności, którą próbował uwieść. Temperament rozwścieczonych Włochów poznałam, zanurzając się w uliczki Pistoi w Toskanii. Krzyki piekielne, dobiegające z ciemnego zaułka (z pewnością nie ujętego w żadnym przewodniku), wygnały mnie stamtąd w tempie błyskawicznym ze strachem okrutnym w sercu, że za chwilę zostanie mi ono wyrwane przez rozszalały pistoiski element. Element polski wiele mógłby się od owego nauczyć, jeśli chodzi o waśnie i swary...głupie. Filippo stracił życie głupio właśnie, a szkoda, bo 57 lat to nie jest głęboka starość przecież (potwierdzają to szaleństwa miłosne malarza) i mógłby jeszcze wiele obrazów dla potomnych stworzyć.




Spacer uliczkami Pistoi. Maja. Toskania.


Pistoia, Toskania.

Miłość do sztuki sakralnej zakorzeniona została we mnie w dzieciństwie. Nastroju panującego w domu mojej babci Joanny w czasie „goszczenia” przez nią jednego z obrazów Madonny z Dzieciątkiem nie zapomnę nigdy. Poza tym babcia miała wiele obrazów przedstawiających Świętą Rodzinę. Przed zaśnięciem- a zwykle nie mogłam długo zasnąć, analizowałam każdy ich szczegół. No i mi zostało. Obecnie mam towarzyszkę w czasie wędrówek po galeriach malarskich- jest nią moja córka Maja. Nie namawiałam jej do tego. Gdy była jeszcze małą dziewczynką, poprosiła o możliwość pójścia ze mną na wystawę. Łyknęła bakcyla. Od tamtej pory mamy swoje kobiece wyjścia do oaz duchowego rozwoju oraz wspólne delektowanie się. Do niedawna nasi chłopcy nie mieli nic przeciwko temu, byśmy sobie uskuteczniały to wzajemne, babskie buszowanie w sztuce. Sielanka, szepty do ucha, przystawanie, uśmiechy, achy, zdziwienie, ciągnięcie siebie wzajemne przed obraz jakiś - obdzielałyśmy się tym wspólnie do tego lata bez zakłóceń. W czasie naszego pobytu w Awinionie w święte nasze ze sztuką spotkania wkroczył Kacper. Tak, tak- mamy teraz co wspominać!




Bieg ku marzeniu z książką o Botticellim w ręce.
Musee Petit Palais. Awinion. Prowansja.

Petit Palais to pałac wybudowany w XIV wieku dla „kardynalskiej świty" dworu papieskiego. Od 1976 roku mieści się tu muzeum posiadające w swoich zbiorach rzeźby i obrazy z czasów średniowiecza i wczesnego renesansu. Awiniońscy papieże byli Francuzami, ale dwór ich stanowili w przeważającej większości Włosi, dlatego właśnie dzieła twórców tej narodowości w muzeum dominują. Śmiałam się, że w Toskanii zobaczyłyśmy wystawę dzieł Cezanne`a (który malował głównie w Prowansji, ale w jego rodzinnym Aix-en-Provence obrazy mistrza zobaczyć można...na ekranie monitora jedynie, o zgrozo!), w Prowansji natomiast było nam dane podziwiać malarzy toskańskich. Wszystko na odwrót, ale już się do tego przyzwyczaiłam, że tak mi się właśnie najczęściej w życiu dzieje. Udało nam się zobaczyć piękną Madonnę z Dzieciątkiem Botticellego, owszem. W Petit Palais obsługa muzeum mało nie dostała jednak przez to zawału. Kacper po dziesiątym wizerunku kobiety ubranej w dziwne szaty, trzymającej tłustego bobasa stwierdził, że tu nie ma nic do oglądania. Upomniany przez Maję syknięciem, a przeze mnie zmrożony wzrokiem, usiadł sobie na wygodnym siedzonku i spuścił głowę. Oddałam się więc uniesieniu przy jednym z obrazów i odfrunęłam myślą w dal. Wtedy rozległ się huk. Sala momentalnie zapełniła się rozgorączkowanymi ochroniarzami, bladymi jak ściana. W myślach widzieli już pewnie tylko puste miejsce po Botticellim, ukradzionym podstępnie przez jakąś bestię, która sprzeda następnie to dzieło za bajońskie pieniądze, a im przyjdzie się chyba przez to powiesić. Cóż, w muzeum chodzi się na palcach, mówi się szeptem. Nikt nigdy nie próbował tam skakać, tupać i stuknąć nogami w jedno z siedzisk. Mój syn spróbował. Efekt był piorunujący. Gdy odkryto, kto był przyczyną całego zajścia, ciszę muzeum przerwał perlisty rechot Francuzów. Prawie taki, jaki wydał mój mąż, gdy przyznałam się w końcu, że przez Botticellego moja zasmażka stanęła w płomieniach.

wtorek, 6 stycznia 2009

Pozostało w statki grać


SMS do Bei. "Mam ochotę na grzańca i pogadanie. Idziesz ze mną do portu?" Rozpaczliwe, kobiece wołanie w zimowy dzień. Czuję nagły przypływ chęci wypłynięcia na wody życia towarzyskiego. W portowym barze robią doskonałe grzane wino, buchające wonią goździkowo-cytrusową. Ichnia zupa rybna, rozlewająca się po ciele wraz z dreszczem przyjemności, również nie jest mi obojętna. No i dobrze mi się tam śpiewa szanty przy trzaskającym ogniu (no, może: śpiewa to za dużo powiedziane w moim przypadku). Szkoda, że spotkania przy szantach są tam tak rzadkie jak czarna perła. Idziemy. Dziarskie, choć lekko przerażone mrozem- co tam, rozgrzejemy się wszak za chwilę. I co? W porcie jeno wiatr swawoli i kilku rybaków przy kutrach (swawoli również). Bar straszy ciemnymi oczodołami okien. Wygląda, jakby go ktoś zamknął, a następnie klucz rzucił w fale. Odwagi na wproszenie się na piwo do polujących na ryby wilków morskich nam brak. Pudło.

Wypisuję mężowi na kartce tytuły babskich powieści, bo chcę umysł lekkim masażem słownym potraktować. Mąż do miasta jedzie (ewentualnych czytelników z Mrzeżyna uprasza się o powstrzymanie śmiechu i brak wątpliwości- tak, o miasto Trzebiatów mi chodzi). Proszę go o wypożyczenie dwóch książek w pałacu. Obiecuje, że po nie wdepnie. Słowny mąż, dobry mąż. Dzwoni z miasta, z biblioteki.
-Jest jedna taka, którą chciałaś i kilka innych, brać?
- Brać!
- Ale którą?
- Czy ja wiem? Niech ci pani coś poradzi, zdaję się na jej gust, myśleć mi się nie chce ostatnio. Nic mi się nie chce ostatnio.
Słysząc takie słowa, profilaktycznie woli się wycofać, kwitując wszystko krótkim: „No dobra, coś się wybierze”. Wybrali osiem. Nie wiem, jak udało mu się namówić panią do przekroczenia limitu. Mnie wolno wypożyczyć tylko trzy woluminy (jak mówi pewna Pani Magda Bibliotekarka). No tak, ale ja nie jestem błękitnookim szatynem, starającym się dogodzić potrzebom żony. Czytelniczym, oczywiście. To na panią bibliotekarkę musiało podziałać bardzo mocno. No i mam kilka godzin masażu na mózg zapewnionych (bo na nogi już za późno-hehe). Substytut nieosiągalnego życia towarzyskiego z grzanym winem w tle. Trafiony, niezatopiony.

Chichoczemy w pracy. Opowiadam dziewczynom, jak to miałam nadzieję, że książki dla bab odmienią moje życie, zaczęłam się bowiem utożsamiać i zapragnęłam rzucić się do boju:
-Pierwsza w nocy, ale walczę. Dochodzę do momentu, gdy nauczycielkę wyrzucają z pracy. Jak nic będzie musiała stawić czoła wyzwaniu i na pewno zmieni swoje życie fantastycznie, na celujący z plusem. Czytam więc z wypiekami kartka za kartką, by się dowiedzieć, co ja będę musiała zrobić w przyszłości, bo chcę wszystko rzucić (chęci bycia wyrzuconą nie posiadam, naturalnie), zacząć od nowa i wieść spokojne życie nienauczycielskie! Bez ADHD, dysleksji, dys...całokształtu i innych takich niespodzianek...ech, no może dramatyzuję, czystego chamstwa małoletniego po prostu mam dość (dziewczyny przytakują, że rzeczywiście dość mieć można, więc kontynuuję opowieść). Pojawia się we mnie nadzieja...o pierwszej nad ranem, czy to nie jest dobra godzina na zmiany? Aż wyję z radości!
-I co? I co?- pytają zaciekawione koleżanki po fachu (też chcą rzucać, zmieniać i żyć jak bohaterki książek).
-I nic.
-Łeeeee, no jak to nic?
-Dziewczyny, macie szansę, że was zasponsoruje tajemniczy, uwodzicielski adorator?
Miny jednoznacznie wskazują na brak wyżej wymienionego.
- Nie ma adoratora, nie ma zmian!- dobijam je.
-A to świństwo!-krzyczą niemalże jednocześnie.
-No, niezupełnie. Jest jeszcze możliwość otrzymania spadku (kręcą głowami), zaprzyjaźnienia się z gejami (wzruszają ramionami), dostania w darze kota (prychnięcie i wzmianki o braku możliwości czasowych dbania o taki dar).
-To cóż, dziewczynki- wobec tego bierzmy dzienniki i czyńmy swoją powinność. Trafiony, zatopiony.

niedziela, 4 stycznia 2009

O gwiazdach, co brzegiem morza wędrowały


Niedziele zimowe są najgorsze nad morzem (w Polsce). Stosowne jest w tym miejscu uczynienie dopisku: dla mnie. Owszem, czasem spadnie śnieg. Można wtedy ulepić niedzielnego bałwana albo porzucać się rodzinnie śnieżkami. Sporadycznie tak się dzieje, bo nad Bałtykiem śnieżna zima to rzadkość. Mimo braku śniegu wykąpać się w morzu nie można (chyba że należy się do klubu morsów), posiedzieć na plaży również - czasem trudnością jest w ogóle wyjście na plażę, bo głowę chce, bez ogródek mówiąc, chętnemu na nadmorski spacerek urwać. No logiczne (co ja tu w ogóle wypisuję), zima to zima i już. Słońce, oczywiście, zachodzi nad morzem tak samo szybko jak wszędzie w Polsce. Wraz z niedzielnym, za szybkim zimowym zmrokiem pojawia się w człowieku (patrz- we mnie) nieuchronne przeczucie nadejścia poniedziałku. A ja, zgodnie z kultowym tytułem filmu, nie lubię poniedziałków.
- Wyprałam ci wczoraj koszulkę na trening i skarpetki- rzuciłam zaczepnie do męża dzisiejszego niedzielnego poranka.
- Taak...i?- przeczuł podstęp.
- I oczekuję czegoś w zamian- wypaliłam niemiłosiernie (dla niego) szybko i stanowczo.
- Czego na przykład?
- Czegoś. Nie bój się, nie każę ci jeść zakazanego owocu, nie rób takiej przerażonej miny. Ewą nie jestem.
- Uff, wobec tego do raju nie będę cię musiał zabierać.
- Do raju nie.
- A gdzie?
- Nie wiem, pomyśl. Ja zrobiłam pranie, reszta należy do ciebie. Spraw jednak, proszę nawet bardzo, żebym mogła zapomnieć o poniedziałku...i żeby jeszcze były święta.
- Odpowiada ci zabawa w kolędników?
- Może być- wrażenie na mnie zostało zrobione.
No i poszliśmy przed siebie, niosąc nakrapiane lukrem gwiazdy. Morze szumiało, ja komponowałam stroiki mrzeżynieckie, on robił zdjęcia, a ludzie się dziwowali, że hej.



Stroiki nadmorskie:



Stroiki portowe:



Powiększenie zdjęć można uzyskać kliknięciem na daną fotografię, natomiast pierniki można wykonać następująco :

Pierniki IzyO., przepis ukradziony perfidnie z kuchni Pani Mikołajowej

60 dkg mąki pszennej
6 dkg masła lub margaryny
1 szklanka cukru pudru
1 szklanka miodu (pół szklanki prawdziwego i pół sztucznego)
2 jajka
1 łyżeczka sody oczyszczonej
2 łyżeczki korzennej przyprawy do pierników

Mąkę, cukier, sodę, przyprawę korzenną wymieszać ze sobą. Następnie dodać masło lub margarynę, miód i jajka, wszystko połączyć i wyrobić ciasto, które następnie należy rozwałkować dość grubo ( na około 0,5 cm) i wykrawać foremkami pierniczki. Układać na blaszce dość rzadko. Jeżeli chcemy uzyskać połysk, musimy posmarować pierniczki przed włożeniem do piekarnika roztrzepanym trzepaczką lub widelcem jajkiem. Piec w piekarniku w temperaturze 180 stopni C na złoty lub brązowy kolor- jak kto lubi. Żeby pierniki były miękkie, należy umieścić je wilgotne w szczelnie zamykanej puszce. Ich wykonanie daje ogromną radość, a zapach zawsze kojarzy się z dobrem, ciepłem i miłością.




Przepis na lukier

2 białka , 25 dkg cukru podru ucierać w makutrze albo w misce przez ok. pół godziny.

I jeszcze jedno, zapomniałam! Jeśli chcecie stworzyć w pierniczku szybkę, musicie wyciąć w dużym pierniku otwór okienka (najlepiej mniejszą foremką), ułożyć ciastko z dziurką na blaszce wyłożonej papierem do pieczenia (to konieczność!), wsypać do środka pokruszone landrynki (nie należy mieszać kolorów landrynek) i pierniczki upiec (maksymalnie 8 minut). Po wyjęciu ostudzić nieco, podważyć i zdjąć z blaszki. Tak powstają błyszczące pierniki-witrażyki, lśniące na choince. Moje dzieci je kochają. Ja również! Pierniki Pani Mikołajowej uwielbiam tak bardzo, że pieczenie ich jest moim antidotum na smutki.