niedziela, 30 sierpnia 2009

Dwa do przodu





Jako mała dziewczynka mieszkałam w dużym domu przy bzowej alei położonym na uboczu, z dala od innych domostw. Wychowywałam się właściwie wśród lasów, pól, łąk, w ogrodzie mojego ojca. Byłam kocią mamą, wdychałam zapach zakamarków olbrzymiego poddasza, jak dzikuska prychałam na ludzi. Kochałam starą bibliotekę mieszczącą się na strychu poniemieckiego budynku. Pracowała w niej moja mama. Zabierała mnie między regały pełne książek. Zdejmowałam je z półek z ogromną ostrożnością. Pożółkłe kartki weteranek traktowałam jak świętość. Czytałam w dzień, w nocy-najczęściej J. Verne’a. Moi rodzice byli domatorami, wędrowałam więc tylko w marzeniach poza granice naszego świata.

Moim ulubionym miejscem w okolicy był przystanek autobusowy. Stałam na wysepce udeptanej niecierpliwymi stopami. Krzyżowało się tam wiele ścieżek. Wokół rosły rumianki. Pamiętam ich zapach, często rozcierałam pajęczynę rumiankowych liści w palcach. Czekałam. Autobus nadjeżdżał. Ludzie wysiadali, wsiadali, odjeżdżali, rozchodzili się. Czasem ktoś kogoś ściskał, całował- na pożegnanie, na powitanie. Po chwili zostawałam sama. W myślach kłębiły się obrazy. Twarze ludzi za autobusowymi oknami. Gdzie byli, skąd jechali, co widzieli? Ileż bym wtedy oddała, by zniknąć w przepastnym brzuchu autobusu i podryfować w nieznane...na zawsze.

Wciąż spełniam marzenia małej dziewczynki, która w dwóch cieniuteńkich kucykach z kokardką i czerwonej sukieneczce w kropki podskakuje we mnie niespokojnie. Może ja nigdy i nigdzie nie poczuję, że znalazłam swoje miejsce na Ziemi? Może zawsze już będę „dwa do przodu, dwa do tyłu”...i na tym polega moje szczęście?

Bardzo rzadko wracam do miejsc, w których już byłam. Do Grožnjan wrócę na pewno.

poniedziałek, 24 sierpnia 2009

Rovinj




Bum na Chorwację trwa. Jedzie do niej nie tylko Antonio czy Helmut, wybiera się tam również Tamara i Wiesia. Wszyscy rozegzaltowani. Zachęcana przez wieloletniego przyjaciela do odwiedzenia Chorwacji z uporem maniaka kręciłam głową, twierdząc, że to nie jest kraj dla mnie. Bardzo sceptycznie podchodziłam do wszystkich achów i echów związanych z letnim wypoczynkiem na chorwackim wybrzeżu. I słusznie. Bo wypełnione turystami niemalże pęka w szwach.

Nie twierdzę jednak, że do Chorwacji nie warto pojechać. Chyba każdy znajdzie w niej coś dla siebie. Wystarczy tylko chcieć.

piątek, 21 sierpnia 2009

Istria- nasz rejs








Umieszczam kilka uchwyconych chwil: "Ponieważ jedno zdjęcie starczy za sto słów."

Adriatyk




Odkryłam w sobie wielbiciela wody. „Jak może stwierdzić coś takiego kobieta od kilkunastu lat, z pełną świadomością wyboru, mieszkająca nad morzem?”- zakpić sobie ze mnie można. No tak, ale odkryć „nad” nie znaczy „na”. A ja zakochałam się w tym „na”, właśnie. Dziwi mnie to bardzo, ponieważ w astrologicznych notkach o swoim znaku zodiaku wyczytałam, że moim żywiołem jest ogień, nie woda, o czym przekonałam się boleśnie w czasie pewnego rejsu na Bornholm.

Rozwiało się, rozgrzmiało i trząść poczęło minipromikiem, na którym znalazłam się z własnej i nieprzymuszonej woli. Za okrągłymi okienkami rosły sine brzuchy fal, a ja się czułam...a ja jakoby nie czułam się wcale. Świadomość własnego istnienia zmroził we mnie strach i bulgoczące mi w trzewiach litry wody. Nie, nie opiłam się. Wyobrażałam sobie po prostu, co się ze mną stanie po zatonięciu promu.

Przez parę lat po tej przygodzie nie pomyślałam nawet o tym, by przestąpić burtę jakiegokolwiek statku, choć niewielka kupka żelaza dotarła w końcu szczęśliwie do Nexo.

Strach przeszedł mi w tym roku. Wsiadłam na łupinkę nieśmiało bujającą się na wodach Adriatyku. Nie żałuję. Przeżyłam cały dzień na statku, z zachwytem chłonąc odkrywane przede mną cuda morskiej przygody. Zmieniło mnie to bardzo. Jestem odważniejsza w podejmowaniu życiowych decyzji (niekoniecznie związanych z rejsem dookoła świata).

Paraliżowani strachem często rezygnujemy z własnego szczęścia. Dobrze jest czasem zaryzykować.

środa, 12 sierpnia 2009

Gabriele




„Moja idea szczęścia to życie domowe, tak przytulne i harmonijne, jak tylko mogę je sobie wyobrazić. I mężczyzna, który należy całkowicie i tylko do mnie, na zawsze. Oczywiście, to może mi się nie ziścić i mogę nie znaleźć ani jednego, ani drugiego: więc staram się być zadowolona z tego, co mam. Myślę, że najlepiej znajdować radość w swojej pracy, w malowaniu. I jeżeli tylko chciałbyś mi w tym pomóc - byłabym bardzo szczęśliwa.” –fragment listu Gabriele Münter do Wasilija Kandinskiego; listu, który nigdy nie został wysłany.

Nie wiem, co mnie urzekło najbardziej w Gabriele Münter: sposób, w jaki kochała, czy jej obrazy. Chyba jedno i drugie, choć jej miłość wielu wydaje się kontrowersyjną.

Miłosne uniesienia Kandinskiego można uprościć do matrioszkowego schematu. Pierwsza żona, malarka (Rosjanka) zostaje porzucona dla kochanki, malarki (Niemki), którą z kolei malarz opuszcza i zastępuje kolejną malarką (Rosjanka). Kobieta za kobietą...jakież to „samcze”. Gabriele jest, jak się nietrudno domyślić, w środku tej układanki. Kiedyś umieściłam na blogu zdjęcie Niny, drugiej żony Kandinskiego. Jak bardzo Gabriele chciała być na jej miejscu, mogę się tylko domyślać.

Nic w tej historii nie jest jednak oczywiste. Zawierucha z 1914 roku, rewolucja światopoglądów, borykanie się ze słabościami i jednocześnie własną wielkością- nie miał Kandinski łatwego życia. Być może Gabriele to rozumiała. Usunęła się w cień, skryła samotnie w ich wspólnym niegdyś domu, tęskniła i czekała.

Niejedna kobieta sprzedałaby na jej miejscu opuszczone przez gagatka gniazdo, spaliłaby malowane dla niej przez niego meble i oddała jego ubrania biednym (lub wyrzuciła je na śmietnik). Gabriele do swojej śmierci zachowywała w swoim domu wszystko tak, jakby on nigdy nie przestał być także jego domem. Zapachniało „kobiecą martyrologią”? Cóż, to była po prostu nieprzeciętna kobieta. Doceniała fakt, że choć straciła mężczyznę swego życia, zaznała dzięki niemu tego, o czym niejedna kobieta może tylko pomarzyć.

Wpis ten dedykuję mojemu mężowi, który, jak niejeden mężczyzna by to uczynił, nie zgrzyta zębami, że wieźć mnie musi prawie tysiąc kilometrów, bym sobie obejrzała jedną „biało-niebieską chatynkę” (określenie Juśki, mniej dla mnie wyrozumiałej od swego ojca).

wtorek, 11 sierpnia 2009

W Alpach









Pakujemy się pospiesznie. Znaczy, ja tak się pakuję. Jakbym chciała uciec od wszystkiego i już nie wrócić. Nie da się jednak desperacką dezercją rozwiązać problemów. Wiem, że kiedyś będę musiała stawić czoła lękom czającym się na dnie mojej duszy. Nieważne. Macham ręką. Muszę naładować akumulatory w mózgu. Ugasić ogień myśli. Odpocząć. W wewnętrznej ciszy łatwiej usłyszeć głos rozsądku. Mój mąż nic nie mówi na to, że w tym roku mniej jestem przygotowana do podróży niż...zawsze bywało. Co pierwsze? Alpy, Murnau. Znalazłaś tam jakiś nocleg? Znajduję. Na 10 minut przed wyjściem z domu.

poniedziałek, 10 sierpnia 2009

Przerwa


Przegapiłam blogową wiosnę. Przyznaję szczerze: z pełną świadomością. Zaszyłam się w ogrodzie. Sadziłam drzewa, krzewy i „podhodowane” przez specjalistów, dla takich ogrodniczych sierot jak ja, kwiaty. Patrzyłam później, jak się to wszystko budzi, przeciąga, rozkwita. Przytykałam nos do młodych listków, gładziłam pąki, rozgryzałam źdźbła trawy i wsłuchiwałam w gżegżółkowe bicie wiosennego serca. Wewnętrznym łkaniem prosiłam każdą grudkę ziemi o korzenny zapach, każdą roślinkę o nieskromny, wybujały wzrost, wybuch zieleni. Otępiała z bólu, z wieloma znakami zapytania w sobie, na kolanach, błądząc rękoma jak ociemniała, szukałam wokół siebie życia.

Po śmierci bliskiej mi osoby obezwładniło mnie całkowicie okrucieństwo prostej odpowiedzi na proste pytanie: „Dlaczego?”...„Nie wiem."

Nikt nie wie.

Gorzko pożałowałam napisanych w lutym słów: „Zaczynam po prostu oswajać się z kosą.” Okazało się to całkowitą nieprawdą. Porozmawiałabym sobie chętnie z Epikurem. Śmierć według niego ludzi nie dotyczy. Nie dotyczy żyjących, bo wszak...żyją. Nie dotyczy umarłych, bo ich nie ma. A co z tymi, którym umiera nagle ktoś kochany? Co z tymi, co zostają? „Muszą pogodzić się z losem”- zapewne. Cóż innego mogą zrobić?