


Jako mała dziewczynka mieszkałam w dużym domu przy bzowej alei położonym na uboczu, z dala od innych domostw. Wychowywałam się właściwie wśród lasów, pól, łąk, w ogrodzie mojego ojca. Byłam kocią mamą, wdychałam zapach zakamarków olbrzymiego poddasza, jak dzikuska prychałam na ludzi.
Kochałam starą bibliotekę mieszczącą się na strychu poniemieckiego budynku. Pracowała w niej moja mama. Zabierała mnie między regały pełne książek. Zdejmowałam je z półek z ogromną ostrożnością. Pożółkłe kartki weteranek traktowałam jak świętość. Czytałam w dzień i w nocy, najczęściej J. Verne’a. Moi rodzice byli domatorami, wędrowałam więc tylko w marzeniach poza granice naszego świata.
Moim ulubionym miejscem w okolicy był przystanek autobusowy. Stałam na wysepce udeptanej niecierpliwymi stopami. Krzyżowało się tam wiele ścieżek. Wokół rosły rumianki. Pamiętam ich zapach, często rozcierałam pajęczynę rumiankowych liści w palcach. Czekałam. Autobus nadjeżdżał. Ludzie wysiadali, wsiadali, odjeżdżali, rozchodzili się. Czasem ktoś kogoś ściskał, całował- na pożegnanie, na powitanie. Po chwili zostawałam sama. W myślach kłębiły się obrazy. Twarze ludzi za szybami okien. Gdzie byli, skąd jechali, co widzieli? Ileż bym wtedy oddała, by zniknąć w przepastnym brzuchu autobusu i podryfować w nieznane...na zawsze.
Wciąż spełniam marzenia małej dziewczynki, która w dwóch cieniuteńkich kucykach z kokardką i czerwonej sukieneczce w kropki podskakuje we mnie niespokojnie. Może ja nigdy i nigdzie nie poczuję, że znalazłam swoje miejsce na Ziemi? Może zawsze już będę „dwa do przodu, dwa do tyłu” i na tym polega moje szczęście?
Bardzo rzadko wracam do miejsc, w których już byłam. Do Grožnjan wrócę na pewno.