niedziela, 18 października 2009

Drawskie



Pomyślałam ostatnio, że Birmę i Tajlandię mogę sobie darować. Mały napisał list do Mikołaja. „Proszę, Mikołaju, przynieś mi zestaw wiertarek, słodycze i duży dom”. Juśka skrzywiła się na tę irracjonalną prośbę : „Jak ma Mikołaj dom w worku zmieścić i na plecach unieść?” Mikołaj według mojego syna wszystko może. Córka już wie, że możność świętego sprzężona jest nierozerwalnie z tym, na co rodziców stać. Mały buja w dziecięcych, różowych obłokach. Powinnam rozłożyć ramiona i krzyknąć do niego w chmurki: „Skacz synku, stoję mocno na nogach, ciebie też na ziemi twardo postawię.” Nie potrafię jednak.

Fruwając po różnych zakątkach kraju i Europy nie zauważyłam, że Nornisko stało się dla nas za małe. Gdy byłam dzieckiem, rysowałam na kartkach domek z firankami w oknach, dymiącym kominem i słonecznikami wystającymi zza drewnianego płotka. Później mi przeszło. Jakoś tak mam, że nie potrafię spokojnie wysiedzieć przez tydzień czasu w jednym miejscu. Wiele marzeń udało mi się zrealizować. Może czas się zatrzymać i założyć gniazdo? Małe, malusie, koniecznie z okiennicami...na przykład gdzieś na Drawskim?

Jak to dobrze, że nie zgubiłam jeszcze drogi na chmurkę małej dziewczynki.

sobota, 17 października 2009

Zmiany





Winę za „słonia” nie do końca ponosi pani Zosia. Od urodzenia syna miotałam się z własną powierzchownością. Przytyłam w czasie ciąży, bagatela,40 kilogramów. Skutecznie pomogły mi w tym hormony, które musiałam przyjmować przez kilka miesięcy, by utrzymać ciążę. Tyłam i płakałam.
Od lekarzy usłyszałam: „Chce być pani piękna czy chce pani urodzić zdrowe dziecko?” Głupie pytanie. Skoro spójnika „czy” w żaden sposób nie można było zamienić na „i”, zostałam dużą mamą bez wahania. Syna sobie wymarzyłam, wyśniłam, wręcz z premedytacją przywołałam na świat- jak mogłabym postąpić inaczej?

Nie było mi ze sobą źle. Mąż adorował mnie nie mniej niż zwykle, może nawet bardziej- w dość szybkim tempie wymienił przecież kobietę zbyt szczupłą, „bezbiustną” na pełną, krągłą i biust posiadającą. Zapłacił za znieczulenie zewnątrzoponowe, trzymał za rękę w czasie porodu, „dziedzica” rodu swego po narodzinach dzierżył w ramionach jak skarb największy. Wspierał mnie później, kochał- czego więcej chcieć? Na co mi była talia osy, zarys żeber na skórze i szczuplusieńkie uda? Ano na nic.

Problem nie tkwił w nas. Zauważyłam, że ludzie postrzegają mnie gorzej niż do tej pory.„Puchata mamusia” bez podjęcia walki o smukłą sylwetkę według wielu była zaniedbaną po prostu. Gdy ciętymi ripostami walczyłam o siebie w damskim towarzystwie, odbierano mnie jako zazdrośnicę. Oto jedna po ciąży schudła, druga schudła, trzecia chudnąć zaczynała, a ja co? Nie za bardzo docierało do pań, że ja się naprawdę nie zadręczam z powodu swojej wagi.
W końcu jednak przejęłam się tym, co się wśród kobiet otaczających mnie działo
i mówiło. Zaczęłam się zadręczać.

To kobiece wyznanie niemało pokory ode mnie wymaga. Obiecałam sobie wszak, że nie ulegnę niskim pobudkom- że nie ciało będę swe oceniać, lecz intelekt i rozwój ducha. Tymczasem zaczęłam walczyć z ciałem, jakby jego ukształtowanie było najistotniejszym elementem mego życia. Cóż, stało się. Absurdalne diety, picie wody, niejedzenie- raz minus 10 kilo, raz plus 10. Często machałam ręką, jadłam normalnie i tyle...
i tyłam...znaczy.

Do ostatnio podjętego wyznania przyczyniły się zmiany w pracy, a głównie krzywdzące decyzje jakie wobec mnie zapadły. Przeszłam nieco inną drogę niż bohaterka Kalicińskiej. Najpierw spontanicznie wpadły mi do głowy Mazury. Kąpałam się nago w ciepłych wodach jezior, kochałam na pomostach, chodziłam w zwiewnych sukienkach i jadłam chleb ze smalcem. Wzmocniona psychicznie wróciłam do domu, zacisnęłam pięści i zaprzyjaźniłam się z Pierrem.

piątek, 16 października 2009

Mazurski słoń





-Pani Izka, a przyjdzie tutaj!- w ten zabawny sposób przyzywała mnie pani Zosia każdego naszego mazurskiego poranka.
-Pani Zosiu, proszę mi mówić na „ty”, jaka tam ze mnie pani...wobec pani!
-Ano, dobrze, dobrze niech będzie. No to chodź, dziecko, coś tu dla ciebie mam.

To „coś” zwykle było puchatymi naleśnikami albo chrupiącymi plackami z młodych ziemniaków, albo smalcuszkiem świeżo wytopionym z czosneczkiem i śliwką, albo chlebem wyjętym dopiero z pieca.

Ach, ta pani Zosia kochana! Nocka opatulała nas na poddaszu w błogi rechot żab, a ranek witał tubalną pobudką:
-Pani Izka, a przyjdzie tutaj!
- Mała, wstawaj, śniadanie czas mężowi podać, dyć świta. Każda porządna mazurska baba już chłopa nakarmiła- mamrotał w półśnie mój mąż, po czym dawał dyla pod kołdrę, żeby nie oberwać po czuprynie.
- A krowy już wydoiłeś, że jeść wołasz?- syczałam, po czym wkładałam szlafroczek, szczypałam męża w łydkę i zbiegałam niczym nimfa do pani Zosi na ganeczek.

Po dwóch tygodniach zauważyłam, że coś z tą nimfą ze mną w roli głównej nie jest tak, jak być winno. Biust mi się podwoił, a nawet potroił, zaczęłam nie zeskakiwać, lecz spadać ze schodów z potwornym sapaniem w dodatku. Nawet się zastanawiałam, czy odgłos, który rozlega się wokół mnie, ze mnie się na pewno wydostaje. Gdy wróciliśmy do domu, stanęłam na wadze. Przeżegnałam się z sześć razy w tę i z powrotem.
-Jestem słoniem!- wrzasnęłam w niebiosa.


niedziela, 11 października 2009

Malowane statki





Szkoda, że nie można mieć nieustannie wakacji. Fruwać to tu, to tam, wiśnie
w mazurskiej wsi jeść i pestkami pluć. Nieelegancka jestem? A co tam. Mam nie tylko ochotę pestkami w swoje życie strzelać, ale prawdziwe skobelki z aluminiowego drucika wykonane w gumkę procy wczepić i ziuu nim komuś w pupsko. Nie ma co kręcić i siebie samą czarować- przede wszystkim mnie się należy tym skobelkiem. Tak, tak.

Obcasa o mały włos ostatnio nie złamałam...i nogi. Zakręciło mi się w głowie ze zmęczenia po jednym ze szkoleń trwającym od rana do nocy. Nie miałam czasu na co dzień, nie miałam w weekendy-ani dla siebie, ani dla rodziny. Statki w szczecińskim porcie zawirowały w mej głowie przed upadkiem jak stado malowanych ptaków. Barwny wir.

Suk, stuk po powrocie z pracy pantofelkami ku piekarnikowi. Otwarcie klapki opanowałam do perfekcji. Gestu wrzucania mrożonej pizzy na kratki rusztu w moim wykonaniu florencki mistrz by się nie powstydził. Potem machnięcie bioderkiem, odwieszenie torebki na wieszak i zdjęcie płaszczyka. Pani domu wróciła, uwaga, uwaga- obiad zaraz będzie na stole! Dziecko numer jeden zastrajkowało po dwóch tygodniach podawania przeze mnie takich obiadków.

O, proszę jak sobie życie zaczęłam układać. Dziecko numer jeden, dziecko numer dwa. Mąż, na szczęście, nieustannie noszący numer jeden. Nic mi się nie myli!

Ale już niedługo, mam nadzieję, będę z siebie kpić.