sobota, 17 października 2009

Zmiany





Winę za „słonia” nie do końca ponosi pani Zosia. Od urodzenia syna miotałam się z własną powierzchownością. Przytyłam w czasie ciąży, bagatela, 40 kilogramów. Skutecznie pomogły mi w tym hormony, które musiałam przyjmować przez kilka miesięcy, by utrzymać ciążę. Tyłam i płakałam.

Od lekarzy usłyszałam: „Chce być pani piękna czy chce pani urodzić zdrowe dziecko?” Głupie pytanie. Skoro spójnika „czy” w żaden sposób nie można było zamienić na „i”, zostałam dużą mamą bez wahania. Syna sobie wymarzyłam, wyśniłam, wręcz z premedytacją przywołałam na świat- jak mogłabym postąpić inaczej?

Nie było mi ze sobą źle. Mąż adorował mnie nie mniej niż zwykle, może nawet bardziej- w dość szybkim tempie wymienił przecież kobietę zbyt szczupłą, „bezbiustną” na pełną, krągłą i biust posiadającą. Zapłacił za znieczulenie zewnątrzoponowe, trzymał za rękę w czasie porodu, „dziedzica” rodu swego po narodzinach dzierżył w ramionach jak skarb największy. Wspierał mnie później, kochał- czego więcej chcieć? Na co mi była talia osy, zarys żeber na skórze i szczuplusieńkie uda? Ano na nic.

Problem nie tkwił w nas. Zauważyłam, że ludzie postrzegają mnie gorzej niż do tej pory.„Puchata mamusia” bez podjęcia walki o smukłą sylwetkę według wielu była zaniedbaną po prostu. Gdy ciętymi ripostami walczyłam o siebie w damskim towarzystwie, odbierano mnie jako zazdrośnicę. Oto jedna po ciąży schudła, druga schudła, trzecia już w trakcie ciąży się odchudzała, a ja co? Nie za bardzo docierało do pań, że ja się naprawdę nie zadręczam z powodu swojej wagi.
W końcu jednak przejęłam się tym, co się wśród kobiet otaczających mnie działo
i mówiło. Zaczęłam się zadręczać.

To kobiece wyznanie niemało pokory ode mnie wymaga. Obiecałam sobie wszak, że nie ulegnę niskim pobudkom- że nie ciało będę swe oceniać, lecz intelekt i rozwój ducha. Tymczasem zaczęłam walczyć z ciałem, jakby jego ukształtowanie było najistotniejszym elementem mego życia. Cóż, stało się. Absurdalne diety, picie wody, niejedzenie- raz minus 10 kilo, raz plus 10. Często machałam ręką, jadłam normalnie i tyle. I tyłam- znaczy.

Do ostatnio podjętego wyzwania, by coś zmienić, przyczyniły się diagnozy lekarzy. Z całą pewnością dobrze być piękną, ale najważniejsze- zdrową, trzymajcie więc kciuki, by mi się udało.

6 komentarzy:

Magoda pisze...

Witaj!
Naprawdę uważam, że tusza to sprawa wtórna. Najważniejsze to co myślisz, co czujesz. Uściski Ci ślę!

IzaO. pisze...

Kobiety mają różne sposoby na wprowadzenie zmian w swoim życiu. Jedna zaczyna od kupienia sukienki, druga sprawia sobie piękną bieliznę, trzecia jedzie w świat, czwarta zmyka do chaty w Bieszczadach ;), piąta się odchudza. Każdy sposób, myślę, jest dobry, jeśli przynosi pozytywne efekty. Tusza, Magódko, jest dla mnie, podobnie jak dla Ciebie, sprawą drugorzędną. Zaczynam stawiać małe kroczki ku nowemu i o tym chcę Wam opowiedzieć...a o tuszy będzie przy okazji. :)

joanna pisze...

Twoje dzisiejsze przemyslenia pisane jak dla mnie - niby nadwagę lekceważę, niby mi nie przeszkadza - nie odchudzam się, ale do końca nie zaakceptowałam tych kilku kilogramów więcej...
Po powrocie z późnego urlopu powinnam pozbyć się kompleksów - to, co widać na plaży, basenie jest wiele, wiele gorsze niż moje własne ciało ;)) Ale nie pocieszało mnie to, a na dokładkę nad hotelową wanną było lustro na c a ł ą ścianę! Postanowiłam, że będę dla siebie dobra i patrząc na odbijające się w tafli fałdki i wałeczki - uśmiechałam się do nich :)) Może nie jest to wielka miłośc, ale ...

Pozdrawiam gorąco :))

13ka pisze...

Zanim zaszłam w ciążę ważyłam 65kg/160cm (proporcje powiedzmy dało się znieść ale ud do dziś nie zaakceptowałam choć wyglądają o niebo lepiej). W ciąży przytyłam 25kg. Gdy zobaczyłam na wadze przed porodem 90kg to się podłamałam z lekka. Przecież moje dziecko nie mogło ważyć aż tyle!!! Chudłam ale nie tak jak moje koleżanki które zapewniały "karmisz szybko schudniesz". GUZIK!!! Nie schudłam. 2x zrobiłam kopenhaską (juz po odstawieniu młodego oczywiście) przeszłam ją od początku do końca. Pierwszy raz 5kg drugi 3. Liczyłam na 12 wyszło 8. Kolejne zniechęcenie. W końcu kupiłam książkę o odżywianiu zgodnie z grupą krwi. W cuda nie wierzę, ale coś w tym jest. Odstawiłam mnóstwo zapychaczy. Za to jadłam domowe wypieki smalec i takie tam. Przez 3 lata doszłam do wagi 60kg tak naprawdę tylko nieco zmieniając odżywianie całej rodzinie z automatu. Piekę, gotuję bo uwielbiam dobre jedzenie, jeśli mam ochotę na drugi kawałek ciasta to go zjadam ... i ćwiczę uda bo nadal są ciut za masywne. Ale lubię siebie coraz bardziej i fajnie się czuję w swoim ciele. Pozdrawiam Cię Kochanieńka i życze powodzenia.
ps
Twoje zapiski zawsze uderzają w nutę gdzieś tam we mnie w środku i gdyby nie czas i miejsce mogłabym pisać i pisać i pisać ;)))

Green Canoe pisze...

Tak po cichutku pisnę, że tez mam nadwagę, a co mi tam:):) Ale nie walczę z nią - bo jak walczę, to sie mnie cholera jedna tak trzyma jak tonący brzytwy. A jak ją ignoruję, to się obraża i idzie precz....Zaczęłam niedawno ja więc ignorowac - i już trochę zaczyna sobie iść...:):):) Uściski wysyłam Ci serdeczne:)

olla pisze...

Chyba nie ma osób akceptowanych zawsze i bez wyjątku przez wszystkich. Zawsze jesteśmy za grubi albo za chudzi, wysocy, za niscy, za młodzi, za starzy, za ponurzy, za bardzo postrzeleni, zbyt gadatliwi, zbyt mrukowaci.... Wniosek? Opinię osób postronnych należy ważyć sobie lekce:)
Róbmy swoje, proszę państwa, róbmy swoje (o właśnie: jak dobrze, że Młynarski zupełnie nie przejął się tym, ze absolutnie nie ma głosu i nie powinien śpiewać - też mu "życzliwi" doradzali, podobnie jak Tobie Izo).