wtorek, 6 stycznia 2009

Pozostało w statki grać


SMS do Bei. "Mam ochotę na grzańca i pogadanie. Idziesz ze mną do portu?" Rozpaczliwe, kobiece wołanie w zimowy dzień. Czuję nagły przypływ chęci wypłynięcia na wody życia towarzyskiego. W portowym barze robią doskonałe grzane wino, buchające wonią goździkowo-cytrusową. Ichnia zupa rybna, rozlewająca się po ciele wraz z dreszczem przyjemności, również nie jest mi obojętna. No i dobrze mi się tam śpiewa szanty przy trzaskającym ogniu (no, może: śpiewa to za dużo powiedziane w moim przypadku). Szkoda, że spotkania przy szantach są tam tak rzadkie jak czarna perła. Idziemy. Dziarskie, choć lekko przerażone mrozem- co tam, rozgrzejemy się wszak za chwilę. I co? W porcie jeno wiatr swawoli i kilku rybaków przy kutrach (swawoli również). Bar straszy ciemnymi oczodołami okien. Wygląda, jakby go ktoś zamknął, a następnie klucz rzucił w fale. Odwagi na wproszenie się na piwo do polujących na ryby wilków morskich nam brak. Pudło.

Wypisuję mężowi na kartce tytuły babskich powieści, bo chcę umysł lekkim masażem słownym potraktować. Mąż do miasta jedzie (ewentualnych czytelników z Mrzeżyna uprasza się o powstrzymanie śmiechu i brak wątpliwości- tak, o miasto Trzebiatów mi chodzi). Proszę go o wypożyczenie dwóch książek w pałacu. Obiecuje, że po nie wdepnie. Słowny mąż, dobry mąż. Dzwoni z miasta, z biblioteki.
-Jest jedna taka, którą chciałaś i kilka innych, brać?
- Brać!
- Ale którą?
- Czy ja wiem? Niech ci pani coś poradzi, zdaję się na jej gust, myśleć mi się nie chce ostatnio. Nic mi się nie chce ostatnio.
Słysząc takie słowa, profilaktycznie woli się wycofać, kwitując wszystko krótkim: „No dobra, coś się wybierze”. Wybrali osiem. Nie wiem, jak udało mu się namówić panią do przekroczenia limitu. Mnie wolno wypożyczyć tylko trzy woluminy (jak mówi pewna Pani Magda Bibliotekarka). No tak, ale ja nie jestem błękitnookim szatynem, starającym się dogodzić potrzebom żony. Czytelniczym, oczywiście. To na panią bibliotekarkę musiało podziałać bardzo mocno. No i mam kilka godzin masażu na mózg zapewnionych (bo na nogi już za późno-hehe). Substytut nieosiągalnego życia towarzyskiego z grzanym winem w tle. Trafiony, niezatopiony.

Chichoczemy w pracy. Opowiadam dziewczynom, jak to miałam nadzieję, że książki dla bab odmienią moje życie, zaczęłam się bowiem utożsamiać i zapragnęłam rzucić się do boju:
-Pierwsza w nocy, ale walczę. Dochodzę do momentu, gdy nauczycielkę wyrzucają z pracy. Jak nic będzie musiała stawić czoła wyzwaniu i na pewno zmieni swoje życie fantastycznie, na celujący z plusem. Czytam więc z wypiekami kartka za kartką, by się dowiedzieć, co ja będę musiała zrobić w przyszłości, bo chcę wszystko rzucić (chęci bycia wyrzuconą nie posiadam, naturalnie), zacząć od nowa i wieść spokojne życie nienauczycielskie! Bez ADHD, dysleksji, dys...całokształtu i innych takich niespodzianek...ech, no może dramatyzuję, czystego chamstwa małoletniego po prostu mam dość (dziewczyny przytakują, że rzeczywiście dość mieć można, więc kontynuuję opowieść). Pojawia się we mnie nadzieja...o pierwszej nad ranem, czy to nie jest dobra godzina na zmiany? Aż wyję z radości!
-I co? I co?- pytają zaciekawione koleżanki po fachu (też chcą rzucać, zmieniać i żyć jak bohaterki książek).
-I nic.
-Łeeeee, no jak to nic?
-Dziewczyny, macie szansę, że was zasponsoruje tajemniczy, uwodzicielski adorator?
Miny jednoznacznie wskazują na brak wyżej wymienionego.
- Nie ma adoratora, nie ma zmian!- dobijam je.
-A to świństwo!-krzyczą niemalże jednocześnie.
-No, niezupełnie. Jest jeszcze możliwość otrzymania spadku (kręcą głowami), zaprzyjaźnienia się z gejami (wzruszają ramionami), dostania w darze kota (prychnięcie i wzmianki o braku możliwości czasowych dbania o taki dar).
-To cóż, dziewczynki- wobec tego bierzmy dzienniki i czyńmy swoją powinność. Trafiony, zatopiony.

Brak komentarzy: