wtorek, 27 stycznia 2009

Matka i żona w Tatrach


Udało się. Może dlatego, że jestem matką nienormalną.
Pojechaliśmy w Tatry, spędziliśmy tam tydzień czasu i wróciliśmy bez uszczerbku na zdrowiu.
O dziwo, Kacper zgubił na stokach gorączkę, kaszel i świsty.
Szaleństwa jednak nie było. Zatrwożenie moje oraz baczna obserwacja dziecięcia za to owszem- w ilościach mogących śmiało konkurować z wielkością Bałtyku czy też raczej wysokością Rys, rzec winnam, skoro zamieniliśmy na jakiś czas nadmorskie Nornisko na chatynkę w górach.

No, z tą "chatynką" przesadziłam. Na niekorzyść dla dużego domostwa na przedmieściach Zakopanego (lub szarym końcu Poronina, jak kto woli), w którym pomieszkiwaliśmy otoczeni góralską życzliwością, karmieni suto i pysznie.
Na wypadek, gdyby ktoś z naszych przyjaciół przebywających w Tatrach razem z nami był odmiennego zdania, uczynię dopisek: NAM się podobało. I to nawet bardzo.

Zakochałam się znowu w mężu.
Tak to się już ze mną dzieje. Nowe miejsce, klimat inny... doznaję w takich okolicznościach olśnienia: "Mam nowego męża!" Znaczy- tego od dawna, nowego mam.
Kocham go lat kilkanaście, ale z zakochiwaniem się to już inna sprawa. Zakochuję się w nim nieprędko, za to bez jakiejkolwiek rozwagi. Tracę głowę dla niego czasami, ot co.
Bezpieczne to nie jest zbytnio, bo utrata głowy dla mężczyzny nigdy nie wróży kobiecie niczego dobrego.

Trzeba zachowywać czujność zawsze, bo mężczyźni są z Marsa, kobiety z Wenus i już samo to zróżnicowane położenie w kosmosie sugeruje, że do zjednoczenia i przyjaźni nam daleko.
Możemy się jedynie kochać (ewentualnie podejmować próby kolegowania lub koleżankowania- jeśli ktoś jest zwolennikiem takich stosunków damsko-męskich), na Ziemię rzucając białe flagi poddania się...czy też raczej rulony z wypisanymi punktami paktu o nieagresji.
Agresję wszelaką odrzuciliśmy z mężem w czasie urlopu zimowego w kąt tatrzańskiego pensjonatu.
Oby z tego trzeciego potomka nie było...chociaż...e, nie, niech mi takie myśli szaleńcze do głowy nie przychodzą!

Nie tylko ja się zakochuję, zakochuje się także moja Juśka (skrót od Majuśki).
Pewnie, że nie napiszę konkretnie w kim, co i jak. To, naturalnie, wielka tajemnica.
Wspomnę tylko o niepokojącym mnie fakcie, że córka moja uczucia swoje lokuje w przystojnych (sztuk takowych było już w jej życiu wiele, więc mogę stwierdzić, że to zjawisko chroniczne) i z zadartym nosem. W przenośni, oczywiście. Czasami łobuzów strasznych (tu bez przenośni). Ignoruje natomiast wrażliwość, uczuciowość oraz dobre serce, które noszą w sobie mali, piegowaci, wywrotni (troszkę w przenośni).

Rany, co mnie w najbliższej przyszłości czeka! Teraz to tam bowiem jeszcze nic, ale jeśli ona się zakocha już tak bardziej dorośle, a źle i cierpieć będzie, to ja strugi łez ukradkiem w poduszki wyleję, zaciskając zęby, by nie zacisnąć pięści i nie lecieć, żeby delikwentowi przyłożyć.
Ależ Maja ma matkę!- wojowniczą jak stado żółwi ninja!
Cóż, ja wiem, że będę musiała jej pozwolić żyć własnym życiem, popełniać błędy, a także uczyć się na owych błędach. Łatwo mi jednak patrzeć na to nie będzie.

Szanuję moją mamę za to, że w moje uczuciowe związki się nie wtrącała, gościła kurtuazyjnie jednego, drugiego, trzeciego, itd. (niestety) i uśmiechała się jednakowo do tych kolejnych męskich cyferek w moim życiu.
Bywało jednak, że miałam odrobinę żalu, bo choć doskonale wiedziała, nie powiedziała mi- ślepemu z miłości kretowi, jakiego to ja do domu robaka przywiodłam...pędraka pospolitego tłustego powierzchownie, w środku z zakalcem (krety się bez robaków po prostu obejść nie mogą, rzucają się zwłaszcza na wielkie, wszystko przez zachłanne nienapasienie!).
Cóż, postępowałam wedle tej zasady: póki kret zatęchłej zgnilizny robala we własnym gardle nie poczuje, póty nie wypluje (poetki raczej ze mnie z takimi rymami nie będzie). Moja mama znała mnie na wylot. Wyjątkowo uparta i niereformowalna jestem, więc mnie nie pouczała.

Mai też niewiele brakuje do rasowego Porfiriona (geny!), ale spróbuję zanotować w jej świadomości porzekadło babci Bei (znajomej od serca, nie piszę „przyjaciółki”, ponieważ przyjaźń między kobietami to coś na tyle skomplikowanego, że rzadko kiedy na takie miano zasługuje): „Dziecko, pamiętaj, że z ładnej miski się nie najesz!” (moje: „Ślepy krecie, nie każdy tłusty pędrak jest dobry” brzmi raczej średnio, więc sobie daruję).

Czy znajomość życiowej mądrości da coś mojej córce? Może tak, może nie- czas pokaże.
Z całą pewnością życie ułoży kolejną opowieść, której tylko ona będzie główną bohaterką. Ja będę stała z boku, gotowa jednak na to, by w każdej chwili (w razie potrzeby) mocno ją przytulić.

Jeśli zaś przeczytają te słowa (kiedyś tam) potencjalni kandydaci do skrzywdzenia Mai, niech pamiętają o tym, że spokój stada zwykłych żółwi w jej matce może ulec nagłej transformacji.

2 komentarze:

magoda pisze...

Iza, odwiedziłam Cię i z przyjemnością będę powracać. Tyle ciepła masz w sobie, że miło przy Tobie chwilkę posiedzieć, poczytać, może kiedyś poplotkować?
Pozdrawiam Ciebie, rodzinę i Mrzeżyno, w którym bywałam przed laty nieraz.

Stolica Lokalnie pisze...

Bezpłatne ogłoszenia Warszawa