czwartek, 29 stycznia 2009

Gdzie jest Zdzisiek?


Patrzę właśnie z nostalgią na fotografię zrobioną przez siebie w Poroninie. Po prawej jest Bea, po lewej Mela, a na środku zdjęty w pozie uciesznej- Zdzisiek.
Zdzisław pojawił się w naszym życiu rodzinnym ku mojemu zaskoczeniu.

Początkowo, gdy znaleźliśmy się tuż przy jego osobistym, pomalowanym na zielono płocie, zaczął na nas zaciekle szczekać.
Komponował się kolorystycznie z zielenią ogrodzenia nieźle, bo miał rudą, lśniącą sierść. Rudy kojarzy mi się jednak zawsze źle, z czymś wrednym (nie mam tych skojarzeń w oparciu o społeczną, nieuzasadnioną nietolerancję tegoż koloru włosów, lecz niezbyt miłe osobiste z kilkoma rudymi „zetknięcia”), powiedziałam więc do męża zupełnie niewzruszona estetycznie:
- Wredny, rudy kundel, na dzieci szczeka, jeszcze weźmie i użre które (w dzieci byliśmy bardzo zasobni, ponieważ wybraliśmy się na przechadzkę ze znajomymi).

Podejrzenia o zapędy zbrodnicze kundla okazały się jednak zupełnie nieuzasadnione. Pies obszczekał nas na początku groźnie, z postawionymi na baczność uszami- jak mu nakazywał kanon zachowań psich wobec obcych znajdujących się tuż za własnościowym płotem, później jednak uszami chlapnął po karku, podbiegł z merdaniem do wyciągniętych rąk dzieci i począł oblizywać piszczące z uciechy małoletnie towarzystwo. No tego się po nim nie spodziewałam!

Po minucie został maskotą wszystkich- głaskaliśmy i drapaliśmy miłośnie rudą kulkę, z której niczym antena zdalnego sterowania sterczał ku niebu rozczochrany ogon.
-Istny lisek chytrusek! Wie, jak człowieka podejść!- zawołałam, co oburzyło starszą córkę Bei:
- Ciocia, jaki lisek, toż to zwykły Zdzisiek! Spojrzałam na mordkę rudzielca robiącego właśnie jedną z min zaliczających się do zestawu: „Miny powalające na kolana” i rzekłam:
- Nie wiem, czy mu się to spodoba, on już się przecież jakoś nazywa. Zdzisiek brzmi tak troszkę...krzywdząco.
Zwierzaki mają tego pecha, że nie mogą się osobiście nikomu przedstawić, uznałam jednak, że wielkiej krzywdy mu nie uczynimy, jeśli na parę minut zrobimy z niego Zdziśka. No bo co psu za różnica: Cezar, Brutus czy... Zdzisiek?- byle go hołubiono, głaskano i jeść mu dawano!

Mina kundelkowi na wołania: „Zdzisiek, Zdzisiek” nie zrzedła wcale, wręcz przeciwnie- pyszczek miał rozradowany, a antena na szczycie psiego tyłu szalała mu w rytmicznym tańcu „prawy do lewego, lewy do prawego”, bujając energicznie na boki całą przyogonową częścią ciała.
Drapanie psiaka za uszami zostało brutalnie zakończone obwieszczeniem, że musimy iść dalej.
- Pa, Zdzisiek, trzymaj się dzielnie, pilnuj domu!- krzyknęliśmy na pożegnanie.
Zdzisiek się jednak z taką koleją rzeczy nie godził. Wyskoczył przed nas jak torpeda, czyniąc z ogona sztandar z napisem: „Pilnujcie się mnie, ze mną was nic złego nie spotka!” i wziął w swoje łapy przywództwo nad naszą gromadą. Biegł, rozglądając się, czy aby wszystkie psy w okolicy traktują nas z należytym szacunkiem. „Oni są ze mną, wara wam od nich”- biło od Zdziśka.

Bawiła mnie setnie ta wyniosła postawa dowódcy zastępu do pewnego momentu. Niespodziewanie pojawił się przed nami bury, obdrapany psiur, który z całą pewnością z niejednej miski pokarm...wyżerał. Schowałam synka małego za siebie. Zdzisiek najeżył się jak szakal, wyszczerzył kły. Na nic zdało się zatrwożone wołanie dzieci:
- Zdzisiek, ty się nie wygłupiaj, ty jesteś mniejszy! Ruda kulka zmieniła się w rozwścieczoną kulę ogniową. Co bury na to? Ano nic, dał nogę! Zdzisiek przestał mnie śmieszyć, stał się bohaterem!

Mówienie na bohatera per Zdzisiek zakrawa na trącanie diamentu kijem. Gdy po szaleństwach wspólnych na ośnieżonym wzgórzu pies nagle przepadł bez wieści, oczy mi się zaszkliły.
- No i gdzieś ty teraz, Zdzisław, polazł, gdzie?– wyszeptałam w pustą, białą przestrzeń.

Czy ktoś zna odpowiedź na to pytanie? Przy zielonym płotku znajomej rudości już nigdy nie uświadczyliśmy.